Lakiery hybrydowe MAGA

Cześć Dziewczyny!
Po tym jak hybrydy MAGA okazały się u mnie być fenomenalne, postanowiłam domówić kolejne kolory. Jak widzicie na zdjęciu wyżej, w większości to po prostu pastele, który uwielbiam. Dziś opowiem Wam troszkę o ich odcieniach.

009 Lakier hybrydowy MAGA Pink Obsession 
Kolor intensywnie różowy, ale stonowany. Nie znajdziecie w nim neonowych tonów. Przypomina lekko przybrudzony amarant Jak dla mnie jest za ciemny, ale zamówiłam go dla mojej mamy. Kryje po dwóch warstwach.

100 Lakier hybrydowy MAGA Beige Fluff 
Bardzo, bardzo rozbielony różowy. Idealny dla Panny Młodej lub Księżnej czy osób, których obowiązuje jasny kolor na paznokciach. Beige Fluff nadaje się do tego idealnie. Troszkę gorzej jest z kryciem. Nawet trzy warstwy mogą w niektórych miejscach pokazywać prześwity. Trzeba sobie wypracować jego aplikowanie na paznokcie. Mimo to lubię go, bo u mnie jasne paznokcie to ostatnio przyjemność

101 Lakier hybrydowy MAGA Newborn 
Ciemniejszy od 100. Mogłyście zobaczyć go chociażby w tej stylizacji. Tutaj również z kryciem mogą być problemy. Szczególnie jeśli zamiast trzech cieńszych warstw, nałożycie dwie grubsze. Pojawią się nieestetyczne, ciemne plamy. U mnie po dwóch tygodniach noszenia kolor znacznie wyblakł i stał się o wiele jaśniejszy niż był na początku. Problem ten miałam przykrywając go różnymi topami.

205 Lakier hybrydowy MAGA Old Jeans 
Myślę, że jego nazwa wspaniale go oddaje. Pamiętacie stare, jasne jeansy, które bywały lekko przybrudzone? Ten lakier właśnie taki jest! Jasnoniebieski z delikatnymi brudnymi odcieniami. Trzeba na niego uważać, ponieważ akurat u mnie lubi się rozwarstwiać, tak ze jaśniejsza część oddziela się od ciemniejszej i powstają plamy. Co w tej sytuacji zrobić? Dobrze go wymieszać, potrząsając buteleczką.

304 Lakier hybrydowy MAGA Summer Down 
Kolor na stronie wygląda na bardzo ładny. Chciałam taki w swojej kolekcji, bo idealnie nadaje się pod zdobienia lub do innych, ciemniejszych odcieni. W rzeczywistości jest to coś z pogranicza kremu, a mocno rozbielonej brzoskwini. Też się rozwarstwia, chociaż tutaj jest go już ciężej połączyć. Z kryciem na podobne problemu co dwa lakiery hybrydowe wyżej.

401 Lakier hybrydowy MAGA Ms Raspberry 
Moim zdaniem ten kolor nawet nie leżał obok maliny. Szybciej nazwałabym go morelowym. Idealny do opalonej skóry u dziewczyn, które nie chcą aby ich paznokcie bardzo rzucały się w oczy.

506 Lakier hybrydowy MAGA Grey Like Stone 
Pokazywałam Wam go w tym mani. Bardzo go lubię.

600 Lakier hybrydowy MAGA Angel's Touch 
Neonowa wersja koloru koralowego. Pięknie wygląda na opalonej skórze, gdzie świetnie się odbija. Niestety ma ten sam problem, co róż - z czasem blaknie. O ile w różu to raczej przebiega równomiernie i nie jest to tak widoczne, jeśli ktoś o tym nie wie. To w przypadku tego lakieru pojawiają się jasnokremowe plamy. Szkoda...

711 Lakier hybrydowy MAGA Mr Shy 
Zdecydowanie może być nazwany Panem Nieśmiałym. Niebiesko-fioletowy lakier z nieco przybrudzonymi tonami świetnie sprawdzi się w jesienne, mgliste dni. Nie ma tutaj ani problemu z rozwarstwianiem, ani blaknięciem. Ja go bardzo lubię.

Tak prezentuje się moja nowa dziesiątka lakierów hybrydowych marki MAGA. Większość jest naprawdę fajna, chociaż nie wiem dlaczego niektóre robią mi psikusy. Mam nadzieję, że kolejne będą jeszcze lepsze.
Jak Wam się podobają te kolory? Lubicie pastele czy jesteście fankami mocnych odcieni? Który lakier przypadł Wam do gustu najbardziej? 
Czytaj dalej »

Long Lasting Liquid Eyeliner - Zaful

Przeglądając jakiekolwiek strony typu Zaful zawsze rozpoczynam od działu beauty, bo czasami można znaleźć ciekawe produkty. Jednym z takich był eyeliner w pisaku. Wątpiłam, że można okazać się fajny, bo przetestowałam ich sporo. Jak się sprawdził? Zapraszam na wpis.
Tak naprawdę nie wyróżniał się niczym szczególnym. Zapakowany był w prosty, czarny kartonik z białymi napisami - minimalizm totalny i to lubię. Wewnątrz opakowania ukryty był czarny pisak, ale tym razem z fioletowymi napisami. Od razu urzekła mnie końcówka - miękka, odpowiednio długa, ostro zakończona. Sporo tego rodzaju kosmetyków jest gorszych jakościowo. Na momencie zrobiłam parę kresek na dłoni i przepadłam kompletnie! Czyżby ideał? Świetnie napigmentowany, ładnie kończył malunki. Można nim było zrobić zarówno te cienkie, jak i grubsze kreski. Zasycha szybko, więc nawet gdy się spieszyłam nie miałam z nim problemu. Na oku wytrzymywał 10-13 godzin bez poprawiania. Troszkę przeszkadzało mi jego wykończenie. Wyschnięty na powiece był błyszczący? Taki jakby przejechać po nim jakimś nabłyszczaczem, więc ja matowiłam go pudrem transparentnym lub czarną kredką. Niestety, dość szybko musiałam go pożegnać. Zatyczka musiała być słabo włożona i odstrzeliłam a eyeliner wyschnął na kamień. Nie dało się go uratować, czego naprawdę żałuję, bo był super. Jeśli będę miała okazję, na pewno kupię go ponownie.


Znacie ten eyeliner? Kupujecie kosmetyki na chińskich stronach? Jaki jest Wasz ulubiony?

Czytaj dalej »

Dziewczęce mani lakierami hybrydowymi NOX Nails i Bluesky Polska

Cześć Dziewczyny! 
Jeśli czytacie mnie regularnie to z pewnością wiecie jak wielką sympatią darzę lakiery w kolorze różowym. Oczywiście nie każdy odcień zasługuje na to miano. Najbardziej lubię wszystko co jasne i delikatne. Tak jest także w stylizacji, którą chciałabym Wam dziś przedstawić.
Opiera się ona o dwie marki lakierów hybrydowych: NOX Nails oraz Bluesky.
Nie trudno zauważyć, że ta pierwsza to przeuroczy, dziewczęcy róż. Tak jak wspominałam Wam w tym wpisie nazywa się Guma Balonowa i pochodzi z kolekcji NOX Nails. Początkowo nie byłam do niej przekonana. Wydawała mi się zbyt chłodna jak do mojej karnacji. Jednak po skończonym mani całość tak bardzo mi się spodobała, że nie mogłam się napatrzyć. Lakier nakłada się bardzo przyjemnie. Dwie grubsze lub trzy cieńsze warstwy wystarczają, aby kolor pokrył płytkę paznokcia bez prześwitów.  Jego konsystencja jest idealna. Łatwo rozprowadza się nie tworząc gór i dolin. Utwardza się w 30 sek w lampie LED. Zdecydowanie dodałam ją do katalogu moich ulubionych róży, o których chciałabym napisać Wam osobny post.
Środkowy paznokieć to efekt Blosoom, który opisywałam Wam w tym poście. Najpierw zaaplikowałam dwie warstwy białej bazy (każdą utwardzając w lampie LED 48 W przez 30 sek), a następnie dodałam trzecią i to na niej narysowałam kwiatka lakierem hybrydowym Blosoom Gel BM06, który pięknie się rozmył. Na koniec ponownie utwardziłam. Mimo, że kolorystycznie róże bardzo ze sobą pasowały, postanowiłam dodatkowo obrysować moje zdobienie lakierem NOX Nails. Kwiatek solo był bardzo jaśniutki.
Serdeczny paznokieć pomalowałam białym lakierem od efektu Blosoom. Dwie warstwy wystarczyły, chociaż jest ona rzeczywiście rzadka i czasami mogą przydać się trzy. Mokry top obsypałam pyłkiem Śnieżny Podmuch, utwardziłam i ponownie zabezpieczyłam topem. Nie spodziewałam się takiego efektu! Pyłków miałam już naprawdę sporo, jednak ten zauroczył mnie sobą totalnie. Dodał nie tylko jeszcze większej delikatności, ale sprawił, że paznokieć przepięknie mienił się w słońcu. Nałożyłam go także na środek mojego kwiatuszka, który zyskał wspaniały wygląd.
Z tym mani chodziłam ponad tydzień. Pojawił się już spory odrost, ale postanowiłam zmienić kształt paznokci (tak wiem, znowu...) na kwadraty i całość poszła pod pilniczek. Mimo to mogę uznać, że jest to jedno ze zdobień, które fantastycznie mi się nosiło.
Gdybym brała drugi raz ślub, z pewnością wykonałabym sobie takie zdobienie, bo idealnie nadaje się na taką okazję. Subtelność przeplata się z romantyzmem. 
Jak Wam się podoba to zdobienie? Lubicie takie subtelne stylizacje czy wolicie coś bardziej szalonego?
Czytaj dalej »

Tęczowy Projekt Paznokciowy - pomarańczowy

Cześć Dziewczyny!
Tak, jak wspominałam Wam w poprzednim wpisie dotyczącym Projektu, nie udało zmalować mi się nic nowego na ten kolor. Jednak jakiś czas temu przewidziałam możliwość braku czasu i skorzystałam z tradycyjnych lakierów, które idealnie wkomponują się w dzisiejszą pomarańcz. Jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam!
Mani mogłyście obejrzeć już na moim Instagramie, gdzie opublikowałam Wam je jeszcze w maju. Do jego wykonania wykorzystałam lakiery tradycyjne marki NTN i Golden Rose.
New Technology Nails nr 214 zamknięty jest w prostopadłościanowej buteleczce. Szczerze mówiąc mam go już chyba 3 lata i nadal nadaje się do użytku. Nie zgęstniał, nie rozwarstwił się, nie wysechł. Maluje się nim naprawdę dobrze. Dwie, ewentualnie trzy warstwy wystarczą, a schną one bardzo szybko. Jego kolor określa się jako neonowy koral. Zdecydowanie coś w tym jest, bo miałam bluzę o identycznym odcieniu i nazwie. Mimo, że z tradycyjnymi lakierami nie zawsze mi po drodze, to ten bardzo polubiłam.
Aby całość nie była tylko pomarańczą, na serdeczny paznokieć pomalowałam bielą od Golden Rose Rich Color. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Lubię ją za krycie. Jedna, a czasami dwie warstwy i paznokieć idealnie pokryty. Początkowo chciałam, aby były na nim kropki wykonane NTN 214, ale coś mi nie wyszło i postanowiłam wykorzystać naklejkę wodną. Róże to kolejny, ponadczasowy motyw, który uwielbiam. Ten wzór otrzymałam w ramach współpracy od jednej z chińskich stron, ale już teraz nie pamiętam której.
Mały paznokieć pomalowałam także GR Rich Color, tym razem o numerze 126. Tutaj zdecydowanie jedna warstwa załatwia sprawę. Ogólnie seria Rich Color to nie tylko świetne krycie, ale także genialne pędzelki, którymi bardzo dobrze się pracuje i pigmentacja. Uwielbiam używać ich chociażby do stemplowania, aczkolwiek zestaw leży na dnie szafy i się kurzy.
Kolor pomarańczowy odhaczony! Mogę teraz myśleć o żółtym, na który oczywiście mam już pomysł. Oby tylko wszystko poszło po mojej myśli :P

Jak Wam się podoba dzisiejsze zdobienie? Lubicie pomarańcz na paznokciach?
Czytaj dalej »

Kiedy blogowanie zamiast przyjemności staje się obowiązkiem. Pierwszy rok bloga

Nad tym wpisem myślałam już od bardzo dawna. Chciałam w jednym poście podsumować cały rok, wyjaśnić zmiany i go zamknąć. Jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam do lektury!
Pierwszy wpis na blogu pojawił się 21 czerwca 2017 r. Jest to także dzień kiedy go założyłam. Początkowo nazywał się MALINOWAbeauty, a ja podpisywałam się nickiem Malinowa. Z czasem jednak postanowiłam wykupić własną domenę, aby blogspot.com nie raził aż tak mocno w oczy. Po paru dniach zmieniłam zdanie i zarówno nazwę bloga, jak i nick nazwałam Asiulcowa. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie ponowna rewolucja. NailLove było moim małym marzeniem naprawdę długo. Nie macie pojęcia jak ucieszyłam się, że domena jest wolna. Wcześniej polowałam na NaiLove, ale cena jaką należało za nią zapłacić (wydaje mi się, że w okolicy 4-5 tysięcy) mocno mnie zniechęciła. 

Jak wyglądało moje roczne blogowanie?
Zakładając bloga chciałam, aby był on o paznokciach. Na tym znam się najlepiej, mam skończone przeróżne kursy, a nawet miałam przyjemność prowadzić szkolenie dla dziewczyn z technikum ze Świecia. Paznokciowe posty miałam zaplanowane raz w tygodniu do września. Jednakże zaczęłam dostawać propozycje współpracy. Najpierw było to Zaful, następnie Gamiss i pozostała chińszczyzna. Później zaczęły pisać do mnie przeróżne marki i ich przedstawiciele. Sama także postanowiłam spróbować swoich sił i wysyłałam e-maile. Tak z jednego posta tygodniowo zrobiło się 7, a nawet więcej. Założyłam także konto na ReachaBlogger. Wtedy blog z paznokciowego przeobraził się w kosmetyczny i kolejno lajfstajlowy. Pisałam o wszystkim i o niczym. Testowałam miliony kosmetyków. Powoli pisanie nowych postów stawało się przykrym obowiązkiem. Firmy co rusz domagały się publikacji recenzji swoich kosmetyków, pomimo że od dostarczenia paczki minęło 2 tygodnie. Mój czas wolny ograniczył się do pisania i pisania. Na nic innego nie miałam czasu. Gdy tylko Martynka zasnęła, wiedziałam że muszę napisać kolejny wpis. Naprawdę zaczęło mnie to męczyć. Początkowa fascynacja nowymi współpracami zamieniała się w frustrację. Dodatkowo, kiedy dana recenzja nie była odpowiednio wychwalająca (mimo że zawsze pisałam zgodnie z prawdą faktyczną) firmy się obrażały. Ograniczyłam posty do trzech tygodniowo. 
Po wielu testach kosmetyków stan mojej cery bardzo się pogorszył. Serum z retinolem przybiło ostatni gwóźdź do trumny. Wtedy postanowiłam, że jak na razie mocno ograniczam recenzję kosmetyków pielęgnacyjnych czy kolorowych. 

Współpraca, czyli jak to jest naprawdę. 
Współprace kosmetyczne wyglądały tak, że po uzgodnieniu współpracy firma wysyłała mi swój produkt lub produkty do przetestowania. Nie wiele z nich narzucało czas testów, jeśli już się takie znalazły to było to ok. 2 miesięcy. Większość z pozostałych po 1,5-2 tygodniach pisało mi kolejnego maila z zapytaniem kiedy ukaże się recenzja. Nie wiem jak Wy, ale nie byłam w stanie w tak krótkim czasie oszacować działania danego kosmetyku. Moja cera zmienia się w cyklu, dlatego miesiąc czy półtora to było moje minimum. Niektóre firmy już wtedy ukazywały swoje fochy, ale nie bardzo się tym przejmowałam. Po moim czasie pisałam dokładny i szczegółowy opis moich wniosków. O ile były one na tak, firmy chętnie podejmowały dalszą współpracę. Jeśli były na nie, foch osiągnął swój szczyt i to było koniec kontaktu. Tak stało się chociażby po mojej, dość ostrej opinii o kosmetykach Biotaniqe. Przedstawiciel, z którym się kontaktowałam obraził się na AMEN :P. 
Zdarzały się również propozycje, które z góry narzucały, że należy wychwalać ich produkt. Tak było w przypadku bransoletki ze strony Prezenty z Dalekich Krajów, która nota bene naprawdę mi się spodobała, ale jak zauważyłam, strona już nie istnieje, podobnie jak ich Facebook. Gdy wysłałam link do recenzji i zapytałam o możliwość dalszej współpracy, uzyskałam odpowiedź, że jeśli chcę otrzymać towar warty 100 zł, muszę dać im 5 gwiazdek na FanPage'u. O Boże... Śmiech na sali :D. 
Kompletnie inaczej wyglądały wpisy z ReachaBlogger. Czasami tematy były tak bardzo nie pasujące do mnie, ale jak już się zgodzili to szkoda byłoby odmówić. Myślę, że domyślicie się, które testy swoje źródło mają w tym serwisie, bo naprawdę nie trudno się domyślić. W ciągu paru dni pojawiło się na bloggerze z 5-10 wpisów o podobnej tematyce :P. Natomiast za to blogerzy mają płacone ustaloną wspólnie kwotę. Na koniec, podczas jej wypłaty otrzymuje się umowę wraz z całym rozliczeniem i odprowadzeniem podatku do US (tak, gdyby ktoś myślał, że jest to nielegalne - przy okazji pozdrawiam te osoby, do mojej opinii o Was również dojdę).

A co z grafiką?
Faktycznie w całym kosmetycznym zamieszaniu i zniechęceniu chciałam odsapnąć i oddać się mojej drugiej pasji - grafice. Jednakże ponownie po przeanalizowaniu czasu jaki spędziłabym wykonując każdy projekt, który mam zaplanowany, zrezygnowałam. Być może wkrótce do tego wrócę, jeśli blogowe sprawy poukładam do końca.

Hejterzy, hejterzy everywhere :D
Uwielbiam ich! :D. Szczególnie podziwiam tych, którzy zakładają co rusz nowe konto na Facebooku, lajkują mój FP i piszą do mnie, że to robię nielegalnie, tamto robię nielegalnie, ale zawsze kończą rozmowę wtedy, gdy odpiszę, że sprawa jest zgłoszona wyżej :P.  Na szczęście nie trudno jest odnaleźć ich IP, a nie raz już dzwoniłam do odpowiednich służb, którzy bardzo szczegółowo poinstruowali mnie co w takich sytuacjach robić. Ostatnio oprócz wspomnianych wiadomości pojawiły się także komentarze na blogu, że dodaje tylko te opinie, które zgadzają się z moim zdaniem. Miło, że chociaż czytają moje posty i komentarze pod nimi :).
A tak serio jeśli macie swojego stalkera, warto wiedzieć o tym, że w polskim kodeksie karnym stalking (zdefiniowany jako uporczywe nękanie powodujące uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotne naruszenie prywatności) od 6 czerwca 2011 r. stanowi przestępstwo, zagrożone karą pozbawienia wolności do 3 lat (art. 190a § 1 k.k.) lub – w przypadku doprowadzenia ofiary do próby samobójczej – do 10 lat. Osoba dopuszczająca się stalkingu nazywana jest stalkerem [źródło: Wikipedia].

Recenzja, czyli krok po kroku.
Po otrzymaniu paczki (przez kuriera lub PP) pierwsze co robiłam, to fotografowałam ją. Z czasem tych paczek było tak wiele, a mojego czasu tak mało, że ustaliłam sobie sobotę dniem zdjęciowym. W nocy, gdy Martynka zasnęła, rozkładałam wszystkie swoje graty i gadżety przystępując do zdjęć. Zajmowało mi to 3, czasami 4 godziny. Pod koniec nie miałam już siły, aby myśleć czy to nad kompozycją, czy światłem, czy czymkolwiek innym. Chciałam w końcu pójść spać, a czekało mnie jeszcze sprzątanie. Następnie zaplanowałam sobie testowanie. W między czasie kolejne 3 godziny siedziałam przed komputerem i poprawiałam zdjęcia. Zazwyczaj były za ciemne, więc musiałam je rozjaśnić, dać kontrast, wyostrzyć a czasami nawet co nie co usunąć lub poprawić. Nie ma z tym problemów, gdy zdjęć byłoby 10. Ja zazwyczaj miałam ich po 200-300, więc kiedy wszystko było poprawione (a robię to w GIMPIE, w PhotoScape nie podoba mi się efekt wyostrzenia, który wygląda okropnie, gdy wokół danego elementu zdjęcia pojawia się jasna ramka) i zmniejszone do odpowiedniego rozmiaru, wybierałam najlepsze ujęcia. Tę część miałam już z głowy.
Testowanie kosmetyków to u mnie zazwyczaj miesiąc, do półtora. Niektóre udawało mi się poznać już po tygodniu czy dwóch, ale inne wymagały dłuższego czasu obserwacji. Gdy ten etap także miałam już zakończony mogłam spokojnie usiąść i napisać recenzję. Umieszczałam w niej zarówno opis producenta, skład jak i swoją opinię. Na koniec wszystko redagowałam i tekst był gotowy do opublikowania.

Teraz, kiedy uporządkowałam sprawy bloga nareszcie jestem zadowolona. Czasu mam zdecydowanie coraz mniej, ale nie muszę rano wstawać z myślą O Boże, mam tyle do napisania, kiedy ja to zrobię. Gdy mam chwilkę i przede wszystkim ochotę robię zdjęcia, obrabiam je, piszę tekst. Nikt mnie z niczym nie goni, dlatego powrót na START jest najlepszą decyzją, jaką podjęłam. Mam nadzieję, że tak już pozostanie. Wielu z firm podziękowałam za współprace. Było ich sporo, ale chcę trzymać się wytyczonego celu, a nie błądzić w czeluściach z myślą byle znowu mi coś przysłali do przetestowania.

Buziaki, 
Asia :*
Czytaj dalej »

Stylizacja z Zaful do paznokci hybrydowych

Cześć Dziewczyny!
Bardzo dawno nie pokazywałam Wam żadnej stylizacji z Zaful, dlatego dziś chciałabym to nadrobić. Przygotowałam stylizację do paznokci hybrydowych, które będziecie mogły zobaczyć na końcu wpisu, a cały opis umieściłam w oddzielnym poście.

Tak jak moje paznokcie, tak dzisiejszy outfit jest bardzo dziewczęcy i idealnie wpasowujący się w mój styl. Uwielbiam połączenie bieli z różem i srebrem. Wybrałam ubrania, które świetnie sprawdzą się w lato i upalnie dni.
Jak Wam się podoba dzisiejsza stylizacja? Nosicie paznokcie do ubrań czy ubrania do paznokci?
Czytaj dalej »

Mango Splash Nail

Cześć Dziewczyny!
Po tym jak w tym poście przedstawiłam Wam zestaw startowy od Chiodo Pro zrobiłam też ankietę na moim Instagramie, który kolor bardziej Wam się podoba. Zdecydowana większość wybrała Mango Splash. Postanowiłam czym prędzej wykorzystać go w swoim manicure.
SUMMER TOUCH Edyta Górniak My Choice 740 MANGO SPLASH 7ML na paznokciach wypada inaczej niż w buteleczce. Przez swoją konsystencję lubi miejscami aplikować mniej produktu, w których widać prześwity i nierówności. Może to wyglądać jakby lakier był po prostu brudny. Kolor jest soczysty i idealnie pasujący do ciepłej karnacji, jednak u mnie nie prezentował się za dobrze. Przeszkadzały mi w nim te pomarańczowe tony, dlatego nie miałam go długo na paznokciach. Nie sprawiał problemów z utwardzaniem. W lampie LED 48 W po 30 sekundach był już gotowy do dalszej pracy. Na moich paznokciach widzicie trzy cienkie warstwy. Oczywiście nie odmaczałam go w żadnym płynie tylko spiłowałam pilniczkiem. Niestety, jeśli chodzi o trwałość hybrydy na naturalnej płytce paznokcia, to tutaj mocno się zawiodłam. Mocno odpryskiwał już po tygodniu, a po dwóch kolor zaczął blaknąć. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale nie było to miłe, widząc paznokcie w takim stanie...
Aby całość nie wyglądała zbyt nudno i prosto, nawet jak na mnie, na serdecznym palcu dodałam efekt blossom od Bluesky. W tej wersji postanowiłam, że kwiatka będę rozmywać od środka, gdzie na koniec dokleiłam holograficznego dotsa.  Bardzo dobrze tutaj widać, że efekt ten jest naprawdę delikatny. Może być to tylko subtelny dodatek, jednak ja oczekiwałabym akurat w tej stylizacji czegoś mocniejszego. Być może w tego powodu źle czułam się w tym zdobieniu. Jednak w porównaniu do Mango Splash, paznokcie wyglądają nadal idealnie i nie ma na nich żadnego, choćby najmniejszego odprysku.

Jak Wam się podoba ta stylizacja? Lubicie takie delikatne manicure czy wolicie coś nieco mocniejszego?
Czytaj dalej »

Lorien Nails - lakiery hybrydowe

Cześć Dziewczyny!
Ostatnio pokazuję Wam sporo moich nowości lakierowych. Dziś nie będzie inaczej. Pod lupę weźmiemy hybrydy marki Lorien Nails. Mam nadzieję, że zaciekawię Was nimi :).

Każdy z koloru znajduje się w czarnej buteleczce. W zależności od rodzaju serii wykonane są one z matowego lub błyszczącego materiału. Pędzelek jest z tych średniej długości w kierunku krótkiego, jednak operuje się nim bardzo dobrze. Gęstość hybrydy jest uzależniona od jej koloru. Podobnie jest z kryciem. To co mi nieco przeszkadza to brak jakiejkolwiek informacji o odcieniu z wyjątkiem numerka. Aby znaleźć odpowiedni kolor muszę odkręcać każdą z buteleczek. Z czasem staje się to bardzo męczące.

Easy Color Lorien Nails nr 012
Nr 012 to naprawdę piękne, ale delikatne srebro. Świetnie sprawdzi się w delikatnych, ślubnych zdobieniach jako malutki dodatek (jeden paznokieć czy ornamenty). Jeśli chcemy tylko poświatę, to wystarczy jedna warstwa. Do pełnego krycia potrzeba 2-3 w zależności od intensywności, jaką pragniemy uzyskać. Lakier jest odpowiednio gęsty. Podczas malowania zdarza mu się tworzyć smugi, więc im mniej pociągnięć pędzelka, tym lepiej. Utwardza się w 30 sek w lampie LED 48 W, chociaż myślę, że 10 sek również będzie wystarczające.

Easy Color Lorien Nails nr 021
Złoto, oczywiście moim zdaniem, jest jak dla mnie za żółte. W tym kolorze bardzo ważne dla mnie jest, aby było ono odpowiednio złote, bez widocznie przeważających słonecznych tonów. Mimo to myślę, że znajdą się jego zwolennicy, którzy go polubią. Na pewno podobnie do srebra nadaje się do stylizacji ślubnych, chociaż ja akurat nie byłabym za tym, aby mój paznokieć był w całości nim pomalowany. Zdecydowanie wybrałabym tylko maleńki element. Fajnie komponować będzie się z pewnością z mocną czerwienią czy czernią.
Podobnie jak w 012, w nim także widać pociągnięcia pędzla, ale tutaj o wiele lepiej wygląda jako kryjący, a nie tylko poświata. Gęstością jest porównywalny do srebra. Utwardza się w 30 sek w lampie LED 48 W.

One Step Lorien Nails nr 015
Ten lakier hybrydowy jest dla tych z Was, które chcą szybko wykonać swój manicure. One Step jest ostatnio niezwykle popularne, chociaż mnie wciąż do siebie nie przekonuje. Tutaj wystarczy po prostu nałożyć dwie warstwy koloru, każdą utwardzając i gotowe. Oczywiście płytkę należy przygotować tradycyjnie.
Mam tutaj mały problem z nazwą tego koloru. Dla mnie to fuksja, ale nie wiem czy się ze mną zgodzicie? Bardzo ładnie kryje. Dwie warstwy i sprawa załatwiona. Jest odpowiednio gęsta, na tyle aby nie zalać skórek, ale także rzadka, aby nie tworzyć nią nierówności. W sam raz dla tych z Was, które dopiero zaczynają swoją przygodę z lakierami hybrydowymi. Utwardza się w 30 sek w lampie LED 48 W.

Lakier Hybrydowy Lorien Nails nr 073
Kolor niby nie wyróżniający się z tłumu, bardzo popularny, ale jednak wyjątkowy. Zawiera w sobie mnóstwo drobinek (z pewnością to brokat), które dodatkowo sprawiają, że lakier jest gęsty. Drobinki nie są jednak na tyle duże, aby tworzyły chropowatą czy nierówną powierzchnię, a na paznokciu wyglądają świetnie. Sam lakier kryje po dwóch warstwach, które utwardzają się w 30 sek w lampie LED 48 W.

Lakier Hybrydowy Lorien Nails nr 095
Na koniec zostawiłam sobie istną perełkę. Jest to najbardziej gęsty lakier z całej piątki. Ma sporo drobin, które naprawdę są bardzo widoczne. Dodatkowo to piękny, neonowy róż, który idealnie sprawdzi się na wakacyjne wypady nad morze czy ogólnie na plażę. Kryje po 2-3 warstwach. Lepiej nałożyć jedną więcej, ale mieć pewność, że nie powstaną góry i doliny. Mimo, że obecnie wolę spokojniejsze i bardziej pastelowe barwy, ten lakier wygląda naprawdę przecudownie. Utwardza się w 30 sek w lampie LED 48 W.

Pierwsze spotkanie z Lorien Nails zaliczam do udanych, chociaż, tak jak Wam wspomniałam na początku, brak koloru na nakrętce to ogromny minus.

Znacie Lorien Nails? Jak Wam się podobają hybrydy tej marki?
Czytaj dalej »

Bluesky Polska - blosoom effect

Cześć Dziewczyny!
Efekt blosoom podobał mi się od dłuższego czasu. Zawsze jednak było coś, co rzuciło mi się w oczy bardziej. W końcu się skusiłam i dziś chciałabym Wam opowiedzieć o duecie  Bluesky Blosoom Base White + Blossom Gel BM06.

Bluesky Blossom Base White  
Piękna biała baza, jednak rzeczywiście bardzo rzadka i płynna. Postanowiłam, że będę nakładać ją na wcześniej pomalowane paznokcie białym lakierem hybrydowym, dzięki czemu zminimalizuję ilość warstw oraz ryzyko zalania skórek. Utwardza się standardowo, u mnie to 30 sek w lampie LED 48 W, bez jakichkolwiek problemów

Bluesky Blossom Gel BM06 
Jako lakier, dzięki któremu efekt blosoom będzie widoczny, wybrałam BM06. Spodziewałam się, że jest to kolor jasny. Nie myślałam, że aż tak bardzo. To naprawdę jaśniutki odcień różu, który gdy się rozpłynie, tak naprawdę traci większość swojej pigmentacji. Z nim także nie ma problemów, aby go utwradzić.
Wykonałam nim cztery stylizacje, jednak moim zdaniem najlepiej prezentuje się w formie kwiatka z boku, którego dodatkowo obrysowałam kolorem pozostałych paznokci.
Na powyższym zdjęciu jest bez konturu. Jak można zauważyć efekt naprawdę jest delikatny. Idealnie sprawdzałby się w zdobieniach ślubnych, jednak mimo wszystko dla mnie było to za lekkie.
Lubię takie spokojne zdobienia, ale czasami nawet i na moich paznokciach są zbyt spokojne i mało zauważalne. Pomimo że uwielbiam delikatność, to niejednokrotnie ją podkreślałam, aby było nieco bardziej widoczna.
Tutaj jest w moim ulubionym manicure, które miałam na roczku Martynki. Moim zdaniem w tej wersji zarówno blosoom, jak i cała stylizacja prezentuje się najlepiej. Kolor blosoom oraz różowego lakieru pięknie ze sobą komponują. Oczywiście opiszę Wam je w osobnym wpisie.
Ostatnie zdobienie miałam w Stegnie. Nie mogłam oprzeć się, aby je nie obfocić, więc jest :P. W tej wersji blosoom sprawia, że całe zdobienie nabiera zdecydowanej subtelności.

Zapewne jesteście ciekawe jak się pracuje z Bluesky Blosoom Gel. Tak, jak wspomniałam Wam wyżej, wybrany przeze mnie kolor jest jasny. Myślę, że lepiej wyglądałby na ciemniejszej bazie, ale mądry Polak... Nakłada się go bardzo łatwo. Gdy mam przygotowany paznokieć aplikuję na niego dwie warstwy białego lakieru hybrydowego, każdą utwardzając. Następnie nakładam biel od Bluesky, która jest bazą pod zdobienie. Na szkiełko nalewam jedną kropelkę, która zdecydowanie wystarczy, i cienkim pędzelkiem maluję kwiatka. Zaczynam od jego środka, więc w wybranym miejscu aplikuję małą kropelkę i kolejno płatki. Płatki to kreseczki, które są nieco grubsze od zewnętrznej strony i zwężają ku środkowi. Odczekuję chwilkę, aż wszystko się rozmyje i utwardzam. Jeśli uzyskany efekt mnie satysfakcjonuję, pozostawiam i pokrywam topem. Jeśli chcę coś dodać, maluję cieniutkim pędzelkiem kontur. Próbowałam także z różyczką, jednakże rozpływanie się różu było tak szybkie, że gdy chciałam domalować jej płateczki, wszystko mi się zlewało. Pozostałam więc przy swoich ulubionych kwiateczkach, chociaż na pewno świetnie wyglądać będą także różnego rodzaju kropeczki.
Kwiatka można dodatkowo przyciemnić. Do tego potrzebna będzie baza clear oraz ciemniejszy kolor, np. BM02. Postępuje się analogicznie do pierwszej warstwy, tylko zamiast bieli, nakłada się clear. Dodatkowo kolor sprawia, że całość prezentuje się jeszcze lepiej, więc wkrótce i ja spróbuję.
Do wyboru jest więcej odcieni, które możecie zobaczyć na stronie Bluesky Polska. Mi w oko wpadły już kolejne.

Znacie metodę blosoom? Lubicie takie rozmyte zdobienia? 
Czytaj dalej »

Pierre Rene - lakiery hybrydowe

Cześć Dziewczyny!
Na dziś weźmiemy pod lupę kolejne lakiery hybrydowe, tym razem marki Pierre Rene. Z tą recenzją czekałam dość długo, ale o tym za chwilę. Na początek pokażę Wam kolory, trochę o nich opowiem, a następnie opiszę swoje spostrzeżenia. Zapraszam!
Wszystko co potrzebne do wykonania manicure hybrydowego zamknięte było w czarny kartonik z białym logo marki. Klasycznie, minimalistycznie i elegancko, czyli tak jak lubię. Wewnątrz znalazły się cleaner oraz remover do usuwania lakieru hybrydowego, z którego jak wiecie nigdy nie korzystam. Pilniczkiem idzie mi to o wiele sprawniej.
Były również folie z tkaninką, która pomaga w odmaczaniu hybryd. Pierre Rene było pierwszą marką, u której zauważyłam, że są one pomarszczone, a nie tak jak u większości firm gładkie. Niby szczegół, ale jak dla mnie bardzo pozytywny.
U mnie już pierwszym problemem, jaki napotkałam była baza. Jak dla mnie zbyt lejąca, przez co ciężko mi się z nią pracowało. Z utwardzaniem nie ma żadnego problemu, jednak od początku bardzo zniechęciła mnie do siebie. Bardzo podobnie jest z topem. Dodatkowo po tygodniu, a może i wcześniej zaczął tracić błysk i matowieć. Zdecydowanie jest to nie do przyjęcia, tym bardziej, że mam u siebie produkt, który przez cztery tygodnie wygląda idealnie. Teraz, przeglądając stronę PR, znalazłam informacje, że to nie są baza i top hybrydowy, a żel podkładowy i żel nawierzchniowy. Wielka szkoda, że nie znalazłam tej istotniej informacji na żadnej buteleczce. Dlaczego to takie istotne? Przeczytajcie do końca :)
Oba produkty, tak jak i lakiery hybrydowe mają długie, podwójne pędzelki. Operowanie nimi również nie należy do najprzyjemniejszych.

no.12 - coralish 
Ten kolor miała na paznokciach moja mama. Uwielbia mocne czerwienie, więc postanowiłyśmy, że w jednym z manicure wypróbujemy właśnie ten lakier. Niestety, ten kolor taki nie jest. W buteleczce wydaje się być całkiem fajny. Na paznokciach wychodzi jasno, nieco pomidorowo. Krycie również nie jest jego mocną stroną. Mama miała trzy warstwy standardowej grubości, a i tak widziałyśmy prześwity na końcach. Utwardza się bez zarzutu, ale nie wiem czy zobaczycie go kiedykolwiek na moich paznokciach.

no.27 - mint 
Mięta jest naprawdę piękna. Kryje troszkę lepiej niż powyższa czerwień, ale tutaj też nie ma szału. Mimo to kolor niweluje wszystkie mankamenty. Świetnie będzie wyglądał zarówno do opalonej skóry na lato, ale także w chłodnych stylizacjach zimowych, bo swoimi zimnymi tonami naprawdę mrozi.

no.33 - persian indigo 
Kolor idealnie pasujący do mojego samochodu. Intensywne indigo, które mi nie pasuje na wszystkie paznokcie, ale jako dodatek jest genialny. Kryje po dwóch warstwach i utwardza się w 30 sek w lampie LED 48 W.

no.38 - carmine
Tutaj miałam małą zagadkę. Oczywiście nie trudno domyślić się o jaki odcień czerwieni chodzi spoglądając na nazwę tej hybrydy. Jednak ja karmin znam z zupełnie innych tonów. Kolor karminowy to ciepły i ciemny kolor pochodny, mieszanka brązu z czerwonym wpadająca w bardzo ciemny róż. Bywa mylony z bordowym (źródło: http://pl.kolory.wikia.com/wiki/Karminowy), więc nie wiem czy to ogromny błąd przy nadawaniu nazw, czy Pierre Rene zna inny kolor karminowy. Moim zdaniem, to czerwień mocno wpadająca w róż, która jest neonowa. W tym przypadku, podobnie jak do NO.12 trzeba nałożyć przynajmniej trzy warstwy, aby dobrze zakryć płytkę paznokcia bez prześwitów. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, więc rzadko będziemy ze sobą współpracować.
Do mojego boxa dołączony był także pyłek, gwarantujący efekt lustra. W tym wypadku nie mam do czego się doczepić, bo bardzo podoba mi się to co otrzymuję.
Mam nadzieję, że dotrwałyście do tego miejsca. W końcu mogę Wam powiedzieć co sądzę o lakierach hybrydowych marki Pierre Rene. Niestety, nie jest dobrze. Nie jest nawet zadowalająco czy przeciętnie. Jest okropnie...
Mojej mamie na paznokciach trzyma się absolutnie wszystko. Nie ważne czy to tania chińszczyzna za 3 zł czy lakiery z wysokiej półki cenowej. W każdym razie, tak myślałam zanim zaczęłam pracę z tymi hybrydami. Po skończonym manicure byłam zadowolona z efektu. Całość prezentowała się bardzo ładnie, w stylu mamy. Jednak po paru dniach zobaczyłyśmy, że jeden paznokieć się odkleił. Później drugi, trzeci, piąty. Aż finalnie spadły wszystkie 10. Postanowiłam przetestować to na sobie, na nadbudowanych paznokciach. Efekt był dokładnie taki sam. Najczęściej zaczynały odklejać się od wolnego brzegu, kawałkami łamiąc się. Długo szukałam przyczyny. U mnie to normalne, ale u mojej mamy to naprawdę jakaś apokalipsa. Znalazłam ją pisząc ten post. Baza hybrydowa, która powinna być bazą hybrydową jest żelem podkładowym. Jak wiadomo, żel jest dużo twardszy niż baza hybrydowa, przez co znacznie mniej pracuje i szybciej odkleja się od naturalnej płytki paznokcia. Nie próbowałyśmy połączyć Pierre Rene z inną bazą. Szczerze mówiąc mam wiele podobnych kolorów do tych, które prezentuję Wam dziś i wiem, że zawsze świetnie się sprawdzą. Te z PR jak na razie idą w kąt, ale może kiedyś jeszcze je wykorzystam, chociażby do Blur Effect.

Znacie lakiery hybrydowe Pierre Rene? Jak u Was się spisują? Który z dzisiejszych kolorów najbardziej Wam się podoba?
Czytaj dalej »