Buty na wiosnę od CzasNaButy.pl

Wraz z nadejściem wiosny w mojej szafie ciemne kolory idą głęboko na dno i powracają biele oraz srebra. Zdecydowana większość bluzek jest właśnie w tych kolorach. Bardzo podobnie jest wśród butów. Jedyne ciemne obuwie to sandały oraz baleriny.
Buty, które chciałabym Wam dziś zaprezentować widziałam już w paru butikach w Chełmnie. Identyczne znalazłam na CzasNaButy skąd też je zamówiłam. Wiązane Trampki Fashion dostępne są w czterech kolorach: srebrnym, gold rose, jeansowym i złotym. Oczywiście wybrałam w srebrze, bo będą pasowały do większości moich stylizacji. To, co zdecydowanie mnie urzekło, to wiązanie. Uwielbiam wstążki. W butach spotkałam się z nimi po raz pierwszy, więc tym bardziej chciałam je mieć. Wykonane są ze skóry ekologicznej, a dzięki dziurkom noga spokojnie może oddychać i nie poci się.
Nie tylko wyglądają świetnie, ale są bardzo, bardzo wygodne. Zdążyłam już w nich pobiegać trochę za Martynką. Mają platformę 2,5 cm. Rozmiarówka jest prawidłowa. Zamówiłam 38 i są idealne.
Od wielu lat towarzyszy mi taki kształt obuwia sportowego. Sprawa się on genialnie zarówno na spacer z wózkiem, ale również do pracy czy podczas urlopu. Zdecydowanie będzie to obowiązkowa para, którą zabieram ze sobą na swoje wakacje.
A jakie jest Wasze ulubione obuwie na wiosnę? Lubicie sportowe czy wybieracie raczej eleganckie butki?
Czytaj dalej »

CONSTANE CARROLL, KOHL EYELINER NO.1 BLACK, KREDKA DO OCZU

Dawniej nie wyorażałam sobie makijażu bez jaskółki na powiece. Zazwyczaj wybierałam czarny eyeliner żelowy, w pisaku czy jakiejkolwiek innej formie. Rzadko zmieniałam ten kolor, ale parę razy zdarzyło się, że był to brąz czy granat. Później zaszłam w ciążę i codzienne nudności oraz wymioty zniechęciły mnie, aby malować kreski. Po porodzie nadeszło lato, które również nie było idealnym czasem na mocniejsze akcenty. Teraz mamy zimę, więc to świetny czas, aby przywrócić stały element mojego codziennego wyglądu. Wykorzystałam do tego choćby kredkę Constane Carroll, o której dziś chciałabym Wam opowiedzieć.
Nie wyróżnia się ona spośród innych kosmetyków niczym szczególnym, ale to te złote napisy sprawiły, że bardzo mnie zaciekawiła. Jest typową kredką, którą trzeba temperować - i Bogu niech będą dzięki! Nie jestem przekonana do tych wysuwanych. Raz, że szybko się kończą. Dwa, że łatwo je złamać. Trzy, że ten idealny rysik to tylko chwila, a później ciężko mi się operuje.
Z początku myślałam, że ma twardy rysik, ale jest on w sam raz. Podczas malowania łatwo się rozprowadza nie raniąc czy zadrapując przy tym delikatnej skóry. Na kompletnie nie przygotowanej powiece utrzymuje się od rana do wieczora. Nie przypudrowana lubi się odbijać, więc delikatnie oprószam oko transparentnym pudrem. Namalowana jaskółka pomimo deszczu czy innych zdarzeń pogodowych zostaje na swoim miejscu.

Kredka ma kolor głębokiej czerni i naprawdę świetnie wygląda solo, jak i w pełnym makijażu. Zdecydowanie jest odporna na wydzielane sebum. Nie ma też problemu ze zmywaniem jej. Wystarczy wacik nasączony płynem micelarnym i bardzo szybko znika. Jedyny problem to jej temperowanie, ciężko to zrobić. Próbowałam już różnych narzędzi, ale za każdym razem drewno jest poharatane, a rysik zostaje w temperówce. Pomimo to bardzo ją lubię i na pewno będę używać.

Znacie tę kredkę? Wolicie takie kosmetyki kolorowe czy może żelowe? Jakich kolorów najczęściej używacie w malowaniu jaskółek?

Czytaj dalej »

Verona Product Proffesional, Vollare, trzy bazy pod makijaż

Kiedy chcę, aby mój makijaż wyglądał świetnie przez cały dzień, stosuję bazę lub bazy pod makijaż. Wszystkie trzy, o których dziś Wam opowiem, pochodzą od Verona Product Proffesional i są dedykowane cerze tłustej. Bazy te są nowością, która dopiero wchodzi na rynek. Tym bardziej lepiej mi się je testowało, bo wcześniej nie czytałam o nich żadnego zdania innych dziewczyn. Moja podświadomość była czysta, a to lubię najbardziej w moim bloggerowym życiu.

Baza pod makijaż korygująca zaczerwienienia z minerałami i kwasem hialuronowym Vollaré Cosmetics optycznie spłyca drobne zmarszczki oraz natychmiastowo niweluje niedoskonałości cery. Zawarty w bazie mineralny pigment koryguje wszelkie zaczerwienia. Kompozycja magnezu i miedzi głęboko i intensywnie nawilża oraz nadaje skórze sprężystości i elastyczności. Cynk zmniejsza widoczność porów oraz spowalnia wydzielanie sebum. Unikalne, jedwabiste wykończenie sprawia, że kosmetyki kolorowe nakładane na bazę łatwiej się rozprowadzają, a makijaż jest wyjątkowo długotrwały. Formuła pozbawiona sztucznych barwników. Przeznaczona dla każdego typu cery, także wrażliwej.
Nic dziwnego, że jako pierwszy jest ten kosmetyk. Zielona baza towarzyszy mi bardzo często. Zaczerwienienie mojej skóry to codzienność. Czasami jest większe, czasami mniejsze. O zbawiennych właściwościach tego koloru dowiedziałam się podczas makijażu ślubnego.
Jej opakowanie to 30 ml tubka w odcieniach turkusu, rozjaśniajacego się ku zakrętce. W każdym z trzech dziubek jest taki sam. Wąski, ale precyzyjny, tak aby nie wydostać zbyt dużo danego produktu. Produkt ten dla mojego nosa jest bez zapachu, ale jest także dość gęsty.
Nie potrzeba sporych ilości, aby przekonać się o tym czy się sprawdza. Zazwyczaj robię parę kropek lub najpierw aplikuję bazę na dłoń, a następnie rozsmarowuję. Twarz staje się o wiele jaśniejsza, bielsza. Zaczerwienienia są zdecydowanie zminimalizowane. Odczekuję chwile, aż dobrze stopi się z cerą i dopiero wtedy nakładam podkład. Baza zastyga na twarzy, ale jej nie obciąża. Jest to ogromnym plusem. Inne, tego typu kosmetyki, lubiły migrować wraz z fluidem. Ten pozostaje w swoim miejscu.
Schodzi równomiernie wraz z całym makijażem, zazwyczaj po 6-8 godzinach. Nigdy tego dokładnie nie liczę, bo nie mam takiej potrzeby. Nie powoduje nadmiernego świecenia się mojej twarzy. Nie zapycha. Jak na razie jest najlepszą zieloną bazą, jaką miałam przyjemność przetestować.

Baza pod makijaż matująco-wygładzająca z proteinami jedwabiu i witaminą E Vollaré Cosmetics gwarantuje perfekcyjny makijaż bez efektu błyszczenia. Zawarte w produkcie składniki wygładzają skórę, natychmiastowo spłycając drobne zmarszczki. Witamina E, zwana witaminą młodości zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry. Twarz staje się widocznie odmłodzona i promienna. Lekka, silikonowa formuła nie zapycha porów.
Podobnie, jak w przypadku bazy zielonej, ta również znajduje się w 30 ml tubce z wąską końcówką. Kolorystyka zachowana jest w odcieniach fioletu. Zapach jest neutralny dla mojego nosa. Kolor jest przezroczysty, ale lekko matowy/satynowy. Aplikując ją na twarz robię identycznie jak przy pierwszej. Po rozsmarowaniu twarz robi się matowa, ale w dotyku jest bardzo gładka. Odczekuję chwilę i wtedy nakładam bazę zieloną. Bardzo ładnie się ze sobą łączą. Nie ważą się. Natomiast jeśli chodzi o jej właściwości matujące, utrzymują się ok. 8-9 godzin. Po tym czasie skóra nie jest perfekcyjnie matowa, ale również nie jest świecąca. Jest to coś w zakresu jej naturalnego efektu. Na co dzień mi to nie przeszkadza. Jeśli jednak planuję gdzieś wyjść, do torebki chowam transparentny puder i pędzel, aby w razie konieczności poprawić make-up.

Z wygładzeniem zmarszczek radzi sobie całkiem ok. Ja mam, niestety, trzy ma czole (zmarszczki ze zdziwienia :D), więc te wypełnia. Bez makijażu nie są one widoczne, ale niektóre podkłady lubią je podkreślać. Baza spełnia swoje zadanie, niwelując te czyny.

Matująca, beztłuszczowa baza pod makijaż z kwasem hialuronowym, ekstraktami z makroalgi czerwonej i drzewa tara Vollaré Cosmetics dzięki połączeniu nowoczesnych składników pochodzenia naturalnego tworzy na twarzy specjalną ochronną membranę, jednocześnie spowalniając proces starzenia skóry. Kwas hialuronowy zatrzymując wodę w naskórku zapobiega jego przesuszeniu się. Baza aplikowana pod podkład lub puder, wypełnia płytkie zmarszczki i pory, przedłuża trwałość makijażu. Cera staje się jednolita, matowa i jedwabiście gładka. Formuła pozbawiona olejów mineralnych i silikonów nie obciąża skóry. Przeznaczona dla cery mieszanej i tłustej.
Ostatnia z trzech baz jest typową bazą matującą. Również znajduje się w 30 ml tubce z wąską końcówką. Jest przezroczysta, ale nie jest to już mat czy satyna, wygląda jak żel. Bez zapachu. Opakowanie jest zachowane w ogólnej kolorystyce gold rose.
Zaaplikowana na twarz najpierw bardzo ładnie ją nawilża, chociaż nie pozostawia efektu matowej skóry. Dopiero po chwili, gdy dobrze wchłonie cera staje się bez błysku, niezwykle gładka, miękka i delikatna. Współgra ze wszystkimi moimi podkładami, zarówno w wersji płynnej, sypkiej czy też w formie musu. Twarz z nią wygląda świetnie przez cały dzień. Po skończonym makijażu nie potrzebuję pudru w swojej torebce. Wypełnia drobne zmarszczki w tym, wspomniane wyżej, moje na czole oraz rozszerzone pory, dzięki czemu podkład nie wchodzi w żadne luki czy załamania.
Baza towarzyszy mi zawsze, kiedy mam ważne wyjście i wiem, że nie będę miała czasu, aby co chwilę poprawiać swojego makijażu. Zdecydowanie warto ją mieć. Na plus jest także fakt, że nie zawiera silikonów, które czasami lubią mnie zapchać.
Bazy spisały się u mnie świetnie, chociaż pierwsza i trzecia to moi ulubieńcy. Każda z nich jest naprawdę wydajna. Niewielka ilość wystarczy, aby pokryć całą twarz. Efekt ich działanie jest zauważalny od razu. Polecam!

Znacie markę Verona Product Proffesional? Lubicie bazy pod makijaż? Jakie są Wasze ulubione?
Czytaj dalej »

EVRÉE, MAX REPARE - REGENERUJĄCY KREM DO RĄK


Jak wiecie kremy Evree spisują się dla moich dłoni naprawdę dobrze. Dlatego dziś przychodzę do Was z recenzją kolejnego, tym razem MaxRepair - regenerujący krem do rąk.
Krem występuje w czerwonej tubie z białymi i czarnymi napisami. Mieści się w niej 100 ml produktu, zamykanej na klik. Na zgrzewie widnieje data ważności, w moim przypadku to 01.2020, ale jego ważność kończy się 6 miesięcy od otwarcia. W konsystencji identyczny jak wszystkie kremy Evree, ani bardzo rzadki, ani bardzo zbity. Z lekkością się rozsmarowuje. Zapach ma bardzo delikatny, ale poprzedni opisywany na blogu bardziej pod tym względem mi odpowiadał.
Wyjątkowa receptura dzięki zawartości olejków arganowego i avocado oraz d-panthenolu:
- zregeneruje i nawilży zniszczony naskórek,
- ukoi podrażnione i spierzchnięte dłonie,
- przywróci skórze miękkość i elastyczność.
Krem szybko się wchłania tworząc na powierzchni skóry ochronny film. Nie pozostawia nie przyjemnego uczucia lepkości!
Wydajna formuła - stosuj w małych ilościach.
Postanowiłam bardzo dokładnie do przetestować i odnieść się do wszystkiego co obiecuje producent.

Regeneruje i nawilża zniszczony naskórek.
Moje dłonie nie są zniszczone i wyglądają całkiem dobrze. Mogę Wam powiedzieć jak zachowują się po kontakcie z wodą. Zazwyczaj wtedy są naprawdę wysuszone i krem to konieczność. Evree MaxRepair bardzo szybko je nawilża i sprawia, że w jednym momencie całe wysuszenie znika.

Koi podrażnienia i spierzchnięte dłonie.
Czasami, gdy zapominałam rękawiczek wychodząc na spacer w bardzo bolesny sposób odczuwałam skutki niskich temperatur i potęgujących mróz wiatrów. Dłonie jednocześnie piekły i szczypały. Po powrocie do domu aplikowałam warstwę kremu i po chwili wszystkie nieprzyjemne uczucia ustępowały.

Przywraca skórze miękkość i elastyczność.
Nawet wtedy, gdy wydawać by się mogło, że skóra dłoni traci na miękkości i elastyczności po zastosowaniu kremu wszystko wraca do normy. Jest ona przyjemnie miękka, delikatna, napięta.

Krem szybko się wchłania tworząc na powierzchni skóry ochronny film.
Szybko to mało powiedziane. Wchłania się bardzo szybko. Film, który wytwarza jest tak miły i przyjemny, a uczucie nawilżenia nie do opisania.

Nie pozostawia nie przyjemnego uczucia lepkości!
O uczuciu lepkości nie ma mowy. Podobnie jak o tłustej skórze rąk. Jak to sprawdzić najlepiej? Na kartce papieru, za pomocą długopisów ;).

Wydajna formuła.
Używam w ilości odpowiadającej jednemu, rzadziej dwóm ziaren grochu. Zdecydowanie to wystarcza. Mimo wszystko wydaje mi się, że jest on bardziej wydajny niż jego poprzednik.
Jeśli szukacie naprawdę dobrego kremu do rąk to polecam ten. Możecie go dostać w Rossmannie, w cenie 8,39 zł.

Znacie ten krem? Co o nim myślicie? 
Czytaj dalej »

Wiosenny manicure z Hi Hybrid #114 Pure White, #226 Classic Pink, #303 Light Lilac

Przez ostatnie cztery tygodnie nosiłam mani, którego jeszcze nie publikowałam. Było ono zimowym odpowiednikiem mojego zdobienia ślubnego. Z nadejściem wiosny chciałam całość zmienić, dodać weselszych kolorów. Zdecydowałam się na manicure z Hi Hybrid.
Mój zestaw startowy zawiera w sobie wszystko to, co potrzebne do manicure hybrydowego. Począwszy od lampy UV LED 10W, a skończywszy na papierkach do ściągania tegoż zdobienia.

Lampa do paznokci UV LED 10W hi hybrid to nowoczesność i wygoda w zasięgu Twojej ręki! I portfela :) To idealna lampa do paznokci, która ekspresowo utwardza lakier hybrydowy hi. Szybko i bezkompromisowo! Utrwal przy użyciu lampy hi hybrid swoje wyszukane malowidła. Wykorzystaj ją podczas hi nailparty z najlepszymi przyjaciółkami! Nasza lampa do paznokci UV LED 10W uwielbia takie akcje!
Lampa hi hybrid jest prosta w obsłudze i satysfakcjonująca w użytkowaniu. Dzięki temu manicure z pierwszych stron gazet stworzysz w mgnieniu oka! Zaoszczędzony czas możesz wykorzystać na epickie akcje, w doborowym towarzystwie! I z odpowiednim mani. Ten gwarantuje hi hybrid :)
Nasza lampa jest wszechstronna, dlatego wyposażyliśmy ją w dwa czasy utwardzania: 45 i 60 s.
Aby ustawić w tryb 45 s., naciśnij przycisk raz.
Aby utwardzać lakiery w trybie 60 s., naciśnij przycisk dwa razy w krótkim odstępie czasu.
Lampa jest na mała, ale bez problemu zmieszczą się w niej cztery paznokcie. Zawiera dziesięć diod. Jej minimalistyczna szata, bez zbędnych napisów totalnie mnie kupuje.
Nie chciałam kombinować z kciukiem, bo bałam się, że bez luster lakier na nim może się nie utwardzić. Zasada 4+1 sprawdza się fantastycznie. Lakiery hybrydowe utwardzane są doskonale i naprawdę w mgnieniu oka (u mnie to 45 s).

LAKIERY HYBRYDOWE
Od kiedy zobaczyłam reklamę w telewizji, chciałam je mieć. Uwielbiam połączenie bieli i różu, więc buteleczki są dla mnie przeurocze. Każda buteleczka zawiera w sobie 5 ml, dość gęstej hybrydy.  Jak dla mnie jest to idealne wyjście. Nie lubię większych pojemności ze względu, że mam u siebie ponad 150 kolorów różnych firm i nie raz się zdarzało, że musiałam je wyrzucać ze względu na przeterminowanie. Pędzelek jest średniej długości, wąski, prosto ścięty. Na górze nakrętki znajduje się naklejka z numerem i kolorem danego produkty.

Znacie to powiedzenie "pokaż mi swojego foxtrota, a powiem ci, jakim jesteś tancerzem"? Ja mam swój hybrydowy odpowiednik: "pokaż mi swoją biel, a ja powiem ci, jakiej jakości masz lakiery hybrydowe". Biel to kolor bardzo trudny, zarówno wśród lakierów tradycyjnych, jak i tych utwardzanych w lampie. Nic w tym dziwnego, że gdy wybieram kolory, które chcę u siebie przetestować zawsze dodaję do koszyka biały. Na szczęście tutaj w ogóle się nie zawiodłam. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że będzie to mój ulubiony biały lakier hybrydowy. Składa się na to wiele czynników.
Zdarzało się, że wśród innych firm, ten kolor raz był za mało napigmentowany, przez co potrzeba było 3 czy 4 warstw. Innym razem strasznie się marszczył w lampie, nie zależnie od jej mocy i czasu naświetlania. #114 Pure White to mój mały ideał. Jest on dość gęsty, przez co nie spływa na skórki. Kryje przy jednej warstwie, czasami przy 1,5 :D. Wiem, dziwnie to brzmi, ale wystarcza pierwsza standardowej grubości i druga ultra cienka. Nie marszczy się w lampie. Idealnie się utwardza. 100% bieli w bieli.

Po tak udanym lakierze #114 myślałam, że nic innego mnie nie zaskoczy. Jakże się myliłam...
Róż to kolor, który najczęściej mam na paznokciach. Mam ich w swojej kolekcji naprawdę sporo. Od jasnych do ciemnych. Niektóre są nawet prawie identyczne swoim odcieniem. Co do różowego koloru, podobnie jak do czerwieni, ciężko znaleźć taki, który całkowicie będzie mi się podobał. Zazwyczaj odcienie mają albo za dużo chłodnych tonów, albo za dużo ciepłych. Po otwarciu buteleczki ten był dla mnie średniakiem - typowy kolor, którego użyję może ze dwa razy. Całkowicie zmieniłam o nim zdanie, kiedy wylądował na moich paznokciach. Kolejne cudo? Nie możliwe! A jednak...
Bardzo podobnie do #114 kryje. Chociaż tutaj w większości jedna warstwa załatwiła sprawę. Utwardza się bez żadnych zmarszczeń. Pięknie wygląda i komponuje się z naturalnym kolorem moich dłoni. Uwielbiam go!

Wkrótce maj. Przecudowny miesiąc, w którym bez lilak kwitnie na potęgę, a ja mogę tylko do niego wzdychać. Jeśli chciałybyście mieć go cały rok, koniecznie wybierzcie #303. Wygląda identycznie do fioletowej odmiany bzu, którą kocham miłością bez graniczną.
Idealnie gęsty, kryjący przy jednej warstwie. Czy można chcieć czegoś więcej...?

Buteleczka zarówno bazy jak i topu różni się od pozostałych lakierów. Czarna zakrętka zdecydowanie wyróżnia się spośród kolorów, dzięki czemu nie muszę ich szukać. Pędzelek jest średnio długi, wąski i prosto ścięty. Oba produkty są dosyć gęste. Nie wylewają się na skórki.
Baza nie nadaje się do nadbudowania czy przedłużenia paznokci. Mam wielką nadzieję, że wkrótce i taka opcja będzie dostępna. Utwardza się w 45 s i doskonale sprawdza się pod lakiery kolorowe.
Top ma swój specyficzny zapach. Nie należy od do przyjemnych, ale nie jest też uciążliwy dla nosa. Paznokcie po pomalowaniu topem i utwradzeniu w lampie pięknie się błyszczą. Całość bardzo dobrze ze sobą współgra.
Swój manicure chciałam zrobić tak, aby był wiosenny. Jest to pierwsze zdobienie w nowej porze roku, przez co mój pomysł był jeszcze ważniejszy. Na paznokciu małego palca zaaplikowałam #303, jako akcent, ale również pasujący do całej stylizacji. Na serdecznym nałożyłam #114. Na pozostałych #226. Biały okazał się być za pusty, więc z #303 i #226 wykonałam delikatny blur effect. Pędzelek zamoczyłam w cleanerze, a następnie w kropelce odpowiedniego lakieru. Kiedy całość zrobiła się bardziej płynna i transparentna nałożyłam na paznokcia. Powtórzyłam wszystko z drugim kolorem i utwardziłam. W między czasie znalazłam naklejki wodne i je również postanowiłam wykorzystać jako wykończenie całości. Szczerze mówiąc rzadko które paznokcie mi się podobają (w moim wykonaniu), ale te są dla mnie wyjątkowo ładne, delikatne i dziewczęce. Gdybym mogła to non stop nosiłabym dokładnie takie zdobienie.










Lakiery hybrydowe, jak i cały zestaw Hi Hybrid pozytywnie mnie zaskoczył. Mam nadzieję, że będę miała możliwość przetestowania kolejnych kolorów, bo mam już upatrzone, które mi się podobają.

ps Wybaczcie moje suche skórki. Nie daję już z nimi rady...

Co myślicie o Hi Hybrid? Znacie tę firmę? Jak podoba Wam się moje nowe mani?
Czytaj dalej »

Dermedic, masło dla dzieci, antybakteryjny żel i serum do włosów

Myślę, że większość z bloggerek zna i przed wszystkim lubię zarówno markę Dermedic, jak i jej kosmetyki. Nic dziwnego, że ja również należę do tego grona. Po raz pierwszy spotkałam się z Dermedic w wakacje, kiedy zbyt mocno się opaliłam. Mleczko bardzo pomogło mi przy bolących i czerwonych plecach. Nie dawno miałam okazję poznać kolejne produkty i to im poświęcę dzisiejszy wpis.

Wieloskładnikowy preparat pielęgnacyjny dedykowany dla wrażliwej skóry dziecka od 1. dnia życia. Pielęgnuje, odżywia i wzmacnia delikatną skórę dziecka. Wzmacnia powiązania międzykomórkowe naskórka, odtwarza jego płaszcz hydrolipidowy i wspiera jego barierowe funkcje ochronne. Łagodzi i minimalizuje 6 objawów chronicznie suchej i atopowej skóry, w tym świąd. Łagodzi stany zapalne, podrażnienia i dermatozy różnego pochodzenia. Minimalizuje objawy suchości skóry i AZS oraz ryzyko ich nawrotów. Przebadane klinicznie

SKŁADNIKI AKRYWNE: CicalinumTM, Masło Shea, Olej kakaowy, Super Hartolan, Witamina E, Gliceryna
Masło znajduje się w białym, plastikowym słoiku z szatą graficzną przyjemną dla oka, a zarazem odpowiednią dla dziecięcych kosmetyków. Koloru jest białego o bardzo miłym, ale delikatnym zapachu. Czuć go również po wchłonięciu kosmetyku w skórę. W konsystencji jest typowym masłem. Świetnie się je rozprowadza na ciele. Momentalnie wchłania.
Długo szukałam odpowiedniego produktu, które zapewni dobrą ochronę przed przesuszeniem, a zarazem będzie prawidłowo pielęgnować. To masło to strzał w 10! Wiedziałam to po pierwszym zastosowaniu. Używamy go dwa razy dziennie. Rano i wieczorem po kąpieli. Skóra staje się bardzo gładka, dobrze nawilżona oraz miękka. Martynka ma skłonności do niewielkich, ale suchych miejsc, szczególnie na nóżkach. Dzięki temu kosmetykowi problem ten zniknął i nie wrócił.
Masło sprawdza się także przed wyjściem na spacer, kiedy pogoda nie rozpieszcza. Odpowiednio natłuszczona twarz nie przyjmuje złych warunków atmosferycznych. W moim odczuciu masło jest wydajne. Ilość wielkości ziarnka fasoli pozwoli na posmarowanie jednej z części ciała.
Nasze pierwsze opakowanie ma się już prawie ku końcowi, ale z pewnością zaopatrzę się w kolejne.

Skutecznie usuwa wszelkie zanieczyszczenia, nie powodując podrażnień. Działa antybakteryjnie. Reguluje pracę gruczołów łojowych, zapobiegając tworzeniu nowych zmian trądzikowych. Ma właściwości antyseptyczne (zapobiegające zakażeniom). Nie pozostawia uczucia ściągnięcia. Nie zawiera alkoholu. Hypoalergiczny.

SKŁADNIKI AKTYWNE: Zincidone, Ekstrakt z zielonej herbaty, Chlorofil

Żel znajduje się w 200 ml butelce z pompką. Jest ok przezroczysty. Zapach trudno mi określić, ale ma w sobie coś z ziołowych aromatów, wszak znajduje się w nim ekstrakt z zielonej herbaty, która doskonale sprawdza się podczas oczyszczania organizmu z toksyn.
Używając go zawsze starałam się, aby makijaż oczu mieć zmyty płynem micelarnym. Nie lubię szorować tej części mojej twarzy żadnym z żeli, ale zdarzyło się parę razy zapomnieć o tej czynności. Ten kosmetyk nie powoduje ani szczypania, ani pieczenia, ani zamglenia oczu, więc spokojnie można go używać także do demakijażu. Na pozostałą resztę twarzy zazwyczaj wystarcza jedno naciśnięcie pompki. Piana, która się tworzy nie jest spektakularnej wielkości, ale bardzo dobrze oczyszcza z zanieczyszczeń dnia codziennego. Po spłukaniu wodą występuje uczucie ściągnięcia. Nie jest ono duże, ale jednak mi przeszkadza. Obowiązkowo używam hydrolatu, a następnie kontynuuje pielęgnację.
Czasy kiedy miałam trądzik, większy lub mniejszy, na szczęście odeszły w zapomnienie, więc nie wiem jakie jest jego działanie na tym polu. Jednak zawsze lepiej jest zapobiegać, niż leczyć i tutaj sprawdza się świetnie. Moje gruczoły łojowe, a precyzyjniej mówiąc ich praca jest uregulowana, więc niespodzianki, które się pojawiają, w początkowej fazie cyklu, mają podłoże hormonalne. W tym wypadku również żel pomaga na ich zmniejszenie i ostateczne zniwelowanie.

Intensywnie odżywia komórki mieszków włosowych, wydłużając anagenową fazę cyklu życia włosa. Chroni i regeneruje komórki mieszka włosowego oraz poprawia ich witalność Stymuluje mikrokrążenie w skórze głowy, przez co wpływa na dotlenienie macierzy włosa. Pobudza wzrost nowych, prawidłowo zbudowanych łodyg włosowych. Zagęszcza włosy oraz widocznie ogranicza ich wypadanie. Hamuje produkcję dihydrotestosteronu (DHT) – hormonu odpowiedzialnego za skracanie się fazy wzrostu włosów, miniaturyzację mieszków włosowych.

SKŁADNIKI AKTYWNE: Kompleks PilotantumTM, ProcapilTM, Kofeina, Sok z brzozy, D-Panthenol, Gliceryna
Serum zamknięte jest w 150 ml butelce z wąskim dziubkiem, dzięki czemu bardzo dokładnie można nałożyć odpowiednią ilość produktu w wybrane miejsce na głowie. Czasami mam wrażenie jakby, mimo wszystko, wyciekało z niego zbyt dużo serum. Wtedy szybko wsmarowuje całość, podobnie jak wcierki.
Z zaleceń napisane jest, aby stosować je codziennie na suchą lub wilgotną skórę głowy tuż po umyciu. U mnie bywało z tym różnie, jednak nie robiłam tego rzadziej niż co dwa dni. Serum ma odżywiać komórki mieszków włosowych i wydłużając fazę anagenową cyklu włosa. Faza ta jest pierwszą w życiu włosa, w której dochodzi do procesu regeneracji cebulki.  W zależności od różnych źródeł trwa ona od roku do nawet 6 lat. Przez ten czas włos wzrasta ok. 1-1,5 cm miesięcznie. Następnie włos przechodzi w fazę katagenową, a na koniec telogenową i wypada. Nie trudno więc obliczyć, że włos może osiągnąć długość ok. metra długości przy sześcioletniej fazie pierwszej. Ten kosmetyk ma za zadanie wydłużyć tę fazę. Dlatego, aby było widać różnicę, nie wystarczy miesiąc stosowanie. Producent zaleca stosowanie codziennie przez 3 miesiące. Efekty, które uzyskałam postanowiłam pokazać Wam w osobnym wpisie. Jednak uważam, że jeśli dolega Wam łysienie anagenowe, czyli utrata włosów aktywnie rosnących wypróbujcie ten kosmetyk.

Znacie któryś z dzisiejszych bohaterów? Jakie jest Wasze zdanie na temat tych kosmetyków? 
Czytaj dalej »

PELL, tusz z efektem sztucznych rzęs i oczyszczająco-pojędrniająca maseczka

Strona PELL.pl oferuje ekskluzywne kosmetyki z całego świata, które bazując na najlepszych składnikach spełniają najwyższe standardy jakości. Są to kosmetyki gwiazd.
Tak to mniej więcej wygląda w teorii. Opis jest zachwycający i nie ma co do tego żadnych wątpliwości, dlatego tak bardzo ciekawiło mnie jak będą się one sprawdzały w praktyce. Wiele razy zapewnienia się nie sprawdzały, a efekty były raczej marne. Jeśli jesteście zainteresowane moją opinią na temat YOUNGBLOOD MINERAL LENGTHENING MASCARA oraz GROWN ALCHEMIST DEEP CLEANSING FACIAL MASQUE to zapraszam na dzisiejszy post.

Pierwsze co mnie nieco zniesmaczyło, to sposób zapakowania przesyłki. Skoro marka wychwala swoje kosmetyki, jako te, które używają gwiazdy, oczekiwałam lepszego zabezpieczenia. W kartoniku nie było nic, z wyjątkiem dwóch produktów, o których jest dzisiejszy wpis. Wszystkie napisy nie są w języku polskim. Aby dowiedzieć się jakie mają właściwości musiałam przeszukać stronę internetową PELL.pl. Nie wybierałam tych produktów, więc dobrym wyjściem byłoby dołączenie małej karteczki z informacjami na ich temat.


YOUNGBLOOD Mineral Lengthening Mascara 8.3ml to ekstremalnie wydłużająca i pogrubiająca mineralna maskara z efektem sztucznych rzęs. Specjalnie zaprojektowana szczoteczka oddziela idealnie każdą rzęsę. Tusz nie kruszy się i nie osypuje w ciągu dnia . Nie skleja rzęs. Dzięki zawartym w niej aminokwasom i witaminom wzmacnia i uelastycznia rzęsy. Tusz mineralny – bez parabenów - nie powoduje podrażnień i alergii, idealny przy szkłach kontaktowych.

SKŁAD: Water (Aqua) , Acrylates Copolymer, Beeswax, Stearic Acid, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Sucrose Polystearate, PVP, Arginine, Behenyl Alcohol, Polysorbate 80, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sorbitan Sesquioleate, Squalane, Hydroxyethylcellulose, Nylon-6, Sodium Dehydroacetate, Potassium Sorbate, Polyquaternium-10, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hexylene Glycol, Silica, Disodium EDTA, Panthenol. May Contain (+/-): Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).

Tusz występuje w klasycznym, ale dość wąskim opakowaniu. Wydaje mi się, że jest ono metalowe. Szczotka jest długa, cienka, standardowa. Maluje się nią dobrze, chociaż czasami zbiera się na niej za dużo maskary i należy ją z niej wytrzeć, a następnie ponownie zanurzyć. Efekt, który uzyskałam był naprawdę fajny. Rzęsy są rozdzielone, pomalowane w całości - od nasady po końce. Rzeczywiście tusz nie kruszy się, ani nie osypuje. Jedynym problemem jest woda. Nawet niewielka ilość sprawia, że rozmazuje się nie miłosiernie tworząc pandę. Absolutnie nie polecam użyć jej, gdy musicie wyjść, a na dworze pada deszcz. Nie pomagają ani mgiełki utrwalające, ani fixery. Czasami potrafią nawet zaszkodzić. Nie zauważyłam, aby tusz wzmocnił czy uelastycznił moje rzęsy.
Czy jest to efekt sztucznych rzęs? W moim mniemaniu nie. Wyglądają one ładnie, ale do takiego efektu z pewnością im daleko. Kosmetyk jest przyjemny, jeśli używa się go w pogodny dzień. Do makijażu wieczorowego jest nieco za słaby, a przez szybkie rozmazywanie się, nie pokusiłabym się użyć go na wyjście, szczególnie taneczne. Wiadomo, podczas tańowania twarz lubi się pocić, a nie jestem pewna czy ten tusz by to wytrzymał.







GROWN Deep Cleansing Masque to głęboko oczyszczająca maska na bazie glinki. Jej działanie skierowane jest na intensywną detoksykację, zwiększanie jędrności i napięcia cery, przywracanie utraconych składników odżywczych oraz wspomaganie mechanizmów naprawczych w taki sposób, aby funkcjonowały one optymalnie. Pory zostają odblokowane i oczyszczone. Maska pozostawia skórę złagodzoną, delikatnie zliftingowaną, zdecydowanie jędrniejszą oraz przygotowaną na maksymalne pobieranie wartości z kremów nawilżających. W jej składzie odnajdziemy wyciąg z nasion Ginkgo biloba (miłorzębu japońskiego) oraz z żurawiny.


BIOAKTYWNE SKŁADNIKI:

Wyciąg z nasion żurawiny to nieocenione źródło silnie działających antyoksydantów zawartych w gamma-tokotrienolach oraz astaksantynie. Chronią one przed oksydacyjnym stresem, wspomagają zachowanie warstw skóry oraz sieci kolagenu w jak najlepszym stanie, zapobiegając ich degradacji.
Wyciąg z Ginkgo biloba, czyli miłorzębu japońskiego, zawiera bogactwo flawonoidów i terpenów. Posiada niesamowite właściwości hamujące procesy starzenia się. Kiedy cera traci elastyczność, koloryt i napięcie, Ginkgo biloba jest złotym lekarstwem – radzi sobie ze wszystkimi oznakami upływającego czasu. Ma również właściwości naprawcze, regeneruje skórę, leczy mikropęknięcia i wypełnia zmarszczki.
Wyciąg z wąkroty azjatyckiej zapewnia skórze odnowę komórkową, głęboką regenerację i restrukturyzację od środka. Aktywnie wspomaga niwelowanie głębokich zmarszczek, bardzo dobrze sprawdza się przy cerach dojrzałych z problemami starzeniowymi. Zwiększa on gęstość tkanki skórnej, tym samym powodując, że cera staje się bardziej sprężysta, napięta i wygląda młodziej.
Drobno zmielona glinka biała ma właściwości usuwające głębokie zanieczyszczenia. Pozbywa się nadmiaru sebum oraz martwych komórek skóry. Ma działanie zabliźniające, naprawcze, zwężające pory, nawilżające, wygładzające, lekko ściągające i ujędrniające.
Wyciąg z kiełków pszenicy, bogaty w witaminy A, E, D oraz nienasycone kwasy tłuszczowe, odpowiada za przywrócenie skórze elastyczności i nawilżenia. Staje się ona przyjemna, miękka w dotyku, a dzięki witaminie E również widocznie odmłodzona i o równomiernym kolorycie.

Maska znajduje się w tubce z tworzywa metalopodobnego. Dzięki temu można ją bez problemu zawijać podczas zużywania kosmetyku i wykorzystać go do ostatniego grama. Kosmetyk kolor podobny ma do opakowania, jednak bardziej rozbielony. Zapach nie jest jego atutem. Dla mojego nosa śmierdzi tak, jak najtańsze maski drogeryjne za czasów PRL-u. Mając w składzie żurawinę, miłorząb czy pszenice powinien pachnieć przyjemnie. Niestety tak nie jest. Aromat wyczuwalny jest nie tylko podczas wyjmowania maski z tubki, ale przede wszystkim na twarzy. Jeśli nałożę go blisko nosa jest aż duszący. Zastyga po ok. 10 minutach i zmienia swój odcień na jeszcze jaśniejszy. Czytałam, że niektóre z Was mają ją na twarzy ponad godzinę. Ja, przez jego właściwości aromatyczne, max. 15 min. Po tym czasie idę zmyć ją letnią wodą.
Szczerze mówiąc nad efektami muszę się zastanowić. Nie zauważyłam ani zwiększonej jędrności skóry, ani napięcia. To co powinno być wychwalone, to fakt, że moja twarz jest dobrze oczyszczona i gładka. Naprawdę jest bardzo miękka, przyjemna w dotyku. Bardzo podobnie jak po zastosowaniu ulubionego peelingu enzymatycznego.





Będąc sławną osobą, gwiazdą, zdecydowałabym się na te produkty? Nie wiem... Ocenę pozostawiam Wam.
Czytaj dalej »

Long Lasting Liquid Eyeliner - Zaful

Przeglądając jakiekolwiek strony typu Zaful zawsze rozpoczynam od działu beauty, bo czasami można znaleźć ciekawe produkty. Jednym z takich był eyeliner w pisaku. Wątpiłam, że można okazać się fajny, bo przetestowałam ich sporo. Jak się sprawdził? Zapraszam na wpis.
Tak naprawdę nie wyróżniał się niczym szczególnym. Zapakowany był w prosty, czarny kartonik z białymi napisami - minimalizm totalny i to lubię. Wewnątrz opakowania ukryty był czarny pisak, ale tym razem z fioletowymi napisami. Od razu urzekła mnie końcówka - miękka, odpowiednio długa, ostro zakończona. Sporo tego rodzaju kosmetyków jest gorszych jakościowo. Na momencie zrobiłam parę kresek na dłoni i przepadłam kompletnie! Czyżby ideał? Świetnie napigmentowany, ładnie kończył malunki. Można nim było zrobić zarówno te cienkie, jak i grubsze kreski. Zasycha szybko, więc nawet gdy się spieszyłam nie miałam z nim problemu. Na oku wytrzymywał 10-13 godzin bez poprawiania. Troszkę przeszkadzało mi jego wykończenie. Wyschnięty na powiece był błyszczący? Taki jakby przejechać po nim jakimś nabłyszczaczem, więc ja matowiłam go pudrem transparentnym lub czarną kredką. Niestety, dość szybko musiałam go pożegnać. Zatyczka musiała być słabo włożona i odstrzeliłam a eyeliner wyschnął na kamień. Nie dało się go uratować, czego naprawdę żałuję, bo był super. Jeśli będę miała okazję, na pewno kupię go ponownie.


Znacie ten eyeliner? Kupujecie kosmetyki na chińskich stronach? Jaki jest Wasz ulubiony?

Czytaj dalej »