ZAKUPY W ZAFUL

Z asortymentu sklepu Zaful korzystam zawsze, gdy mam taką okazję. Ostatnia nadarzyła się przed Świętami Bożego Narodzenia i dziś chciałabym Wam pokazać zawartość paczki.

Specjalnie wybrałam kolor, którego nigdy nie nosiłam. Chciałam sprawdzić czy będzie mi w nim dobrze. Na szczęście wyglądam całkiem fajnie. Sweter jest świetnie zawinięty z przodu i ma piękne perełki. Jego kolor to czerwone wino. Rozmiarem jest uniwersalny. Dla mnie, noszę S/M, jest w sam raz. Także L-ki powinny wyglądać w nim ok. Pod niego ubieram bokserki, bo widać byłoby mi brzuch. Jeśli lubicie poszaleć, śmiało możecie ubrać go tyłem na przód. Widziałam te sweterki również w miejscowych butikach, więc muszą mieć coś w sobie.

Na stronie napisane jest, że to pulower, ale nie wiem... Dla mnie to szara bluzka z długimi rękawami, wiązana z przodu. Rozmiar uniwersalny, wypada jak M. Bardzo ją lubię, jest cienka, więc będzie idealna na wiosenne dni.


Pierwotnie kupiłam ją do zdjęć, ale tak mi się spodobała, że będę ją nosić. Ma fajny wzór i kolory, biało-miodowo-granatowe. Jest naprawdę bardzo ładna i dobrze wykonana. Świetnie wygląda zarówno z jeansami, jak i bardziej eleganckimi spodniami.


To chyba jedyny niewypał tej przesyłki. Po mimo, że jest naprawdę piękna, to także zdecydowanie za duża. Oprócz tego wchodzą w nią włosy i podczas ściągania można je wyrwać. Zdecydowanie zostanie ozdobą do zdjęć.

Trwał szał na tego typu pędzle. Chciałam wypróbować je i ja. Uwierzcie, że są przecudne! Mają gęste włosie, niesamowicie miłe w dotyk. Świetnie rozprowadzają kosmetyki po mojej twarzy. Naprawdę super się nimi pracuje. Przez przypadek zamówiłam dwa zestawy. Pomyślałam, że jeden zostawię do zdjęć, a drugi będę użytkować.

Ok, to drugi niewypał lub kompletna KATASTROFA! Planowałam napisać o niej osobny post, ale co tu dużo mówić? Jest tak słabo napigmentowana, że musiałabym na raz zużyć jeden kolor, aby cokolwiek było widać. Może bliżej wiosny użyję tej paletki w makijażu, abyście same mogły to dokładnie ocenić.

Fajny, różowy gadżet. Ładuje się ją od portu USB. Intensywność wibracji można regulować + i -. Dzięki tym wibracjom demakijaż przebiega sprawniej, a skóra jest pobudzona do lepszego krążenia krwi. Jedną stroną myję twarz, a drugą wmasowuję kremy do twarzy i pod oczy.

Zapomniałam, zrobić zdjęcie bransoletce, która mimo że jest piękna i czernieje pod wpływem wody i bardzo szybko gubi cyrkonie. Przez dwa dni noszenia odpadły 4. Szkoda, bo zapowiadała się być ciekawą ozdobą nadgarstka.

Jak Wam się podoba moja przesyłka? Co Was najbardziej zaciekawiło? 
Czytaj dalej »

TŁO POD ZDJĘCIA? ZRÓB TO SAMA!


Myślę, że każda blogerka chce, aby jej zdjęcia prezentowały się ładnie na blogu. Zazwyczaj zastanawiamy się nad tłem, kompozycją, światłem. Aktualnie panuje moda na minimalizm. Im mniej, tym lepiej. Podzielam ja także ja, chociaż jeszcze zobaczycie takie ujęcia, na których jest przepych.
Do zdjęć niejednokrotnie wybieramy białe lub jasne brystole, materiały, plakaty, Świetnie prezentują się deski, które naprawdę stały się hitem. Ja także na nie postawiłam. Początkowo był to plakat. Na jednej ze stron zakupiłam tło o wymiarach 80x60 m.

Polubiłam się z nim. Ładni wydrukowane, dobrze napigmentowane. Z czasem jednak uległ sporemu zniszczeniu, nawet starannie chroniony. Pojawiły się plamy. Podczas przemeblowania przykleiła się do niego taśma i narobiła sporych szkód. Wtedy pomyślałam, że czas coś zmienić, wszak od paru tygodni plakat zaczął mi przeszkadzać. Do fotografowania większych produktów spisywał się ok. Problemem dla mnie były te mniejsze, szczególnie przedmioty z kategorii OZDOBY DO PAZNOKCI. Właśnie wtedy zauważalne były te szczegóły, które nieco mnie drażniły. Widoczne były zgięcia, co musiałam korygować w programach graficznych. Czasami wada była naprawdę mała, ale mnie takie rzeczy denerwują. Chciałam kupić kolejny plakat. Pomyślałam jednak, że za parę miesięcy będzie dokładnie to samo. Tak to już jest z tymi papierowymi gadżetami - ulegają zepsuciu. Naklejenie ich na gruby arkusz tektury w żaden sposób nie poprawi sytuacji, a może ją tylko pogorszyć. W tym wypadku świetną alternatywą jest wykonanie takiego tła samodzielnie lub z pomocą męża.
Pierwszym argumentem, który przemawia za tym pomysłem jest jego koszt. Mnie on nic nie uczynił, ponieważ wszystko miałam w domu, ale jeśli wy musicie kupić deski, gwoździe czy farbę akrylową jestem pewna, że zapłacicie mniej niż gotowy plakat. Za swój we wspomnianym rozmiarze i wydrukowanym na papierze o gramaturze 220g/m3 zapłaciłam blisko 100 zł. Teraz z pewnością nie zamówiłabym takiego drogiego zdjęcia. Znalazłam mnóstwo innych punktów czy studiów fotograficznych, gdzie wykonałoby je przynajmniej o 40 zł taniej. Człowiek uczy się na błędach.
Drugim argumentem jest jego trwałość. Parę dni temu fotografując olejek, nie chcący niewielka ilość wylała mi się. Po prostu uciekła z dłoni. Tło zrobione z desek nawet nie ucierpiało. Wystarczyło przetrzeć suchą szmatką. Z ciekawości postanowiłam wykonać eksperyment na papierowym tle i parę kropel wylałam na niego. Tłustych plam nie dało się wyczyścić. Takich sytuacji było więcej i nawet zwykła woda powodowała zniekształcenia.
Trzecim argumentem jest jego wygląd. Fotografując nawet małe przedmioty nie widać, z to tylko kartka papieru z nadrukowanym obrazem. Całość wygląda bardzo naturalnie. Dodatkowo styl minimalistyczny rzeczywiście takim jest. Daje tez fajny, rustykalny efekt.
Co jest potrzebne do takiego tła?
Wspomniane już deski, gwoździe i farba. Deski najlepiej wybrać już przygotowane, tj. gładkie. Jeśli wybierzecie te w stanie surowym będziecie musiały dodatkowo je obrobić papierem ściernym. Moje deski mimo wszystko zostały zrobione tak, aby nie były idealnie gładkie, a lekko chropowate. Podobało mi się to bardziej. Rodzajów jest naprawdę sporo i na pewno znajdziecie idealne dla siebie. Ze swojego doświadczenia mogę Wam powiedzieć, żeby nie było za szerokie. Przedział 7-10 cm jest w porządku. Decydując się, aby tło było na stałe musicie pamiętać o dodatkowych dwóch szczebelkach, żeby wszystko się trzymało. W tym przypadku przydadzą się także gwoździe lub wkręty. Na koniec warto całość przemalować farbą. Ja wybrałam w kolorze białym, chociaż podoba mi się także jasnoróżowy. Gdy już wszystko było gotowe tło położyłam koło kaloryfera. Deski dodatkowo wyschły, bo były w stanie surowym, powstały naturalne pęknięcia i szczeliny. Na zdjęciach tło wygląda bardzo fajnie dając ładny efekt.
Jedynym problemem  może być dla Was metraż. Moje deski są większe niż plakat, którego używałam wcześniej. dlatego zajmuje sporo miejsca. Jest na to proste rozwiązanie - każdą deskę pozostawcie osobno. Dużo łatwiej je wtedy przechowywać, a gdy chcecie je wykorzystać, ustawiacie wg własnego upodobania. Wykorzystując ten sposób możecie mieć dwa kolory jednym tle, które daje o wiele więcej możliwości.
Wykonując już sporo zdjęć widzę różnice pomiędzy naturalnym, a papierowym tłem. Na obecnym pracuje mi się dużo lepiej. Biorę pod uwagę przede wszystkim trwałość i nawet jeśli, pukajcie ze mną w niemalowane drewno, bo czasami szczęście trwa tylko chwile, dwie, zniszczy się, mogę ponownie zeszlifować je papierem ściernym i pomalować. Dla mnie to wielkie ułatwienie.

Jak podoba Wam się pomysł z własnym tłem? Co Wy używacie do zdjęć?

Czytaj dalej »

LAURA CONTI, LIP BALM, BALSAM PIELĘGNACYJNO-OCHRONNY ZERO KALORII

Cześć dziewczyny
Nie raz i nie dwa wspominałam o tym jak ważna jest dla mnie pielęgnacja ust. Lubią one się buntować, więc codzienne nawilżanie to podstawa. Wciąż szukam ideału, nawet jeśli znalazłam już produkty, które dobrze na nie wpływają. Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o balsamie otrzymanym w wygranej paczce Laura Conti.
Wyjątkowo aromatyczny, a zarazem o wysokich walorach pielęgnacyjno-odżywczych ochronny balsam do ust. Bogata formuła oparta o wosk mikrokrystaliczny i doskonałej jakości emollienty wzbogacona panthenolem i allantoiną oraz kompleksem witaminowym utrzymuje usta w perfekcyjnej kondycji, pielęgnując i jednocześnie chroniąc. Znakomicie zabezpiecza delikatny naskórek ust przed utratą wilgotności i jędrności. Błyskawicznie przynosi ulgę spierzchniętymi przesuszonym ustom, a apetyczny zapach owocowej gumy do żucia może uzależnić…  
SKŁAD:Paraffinum Liquidum, Cera Microcristallina, Hydrogenated Polyisobutene, Paraffin, Panthenol, Allatoin, Phenyl Trimethicone, Aroma, C 30-45 Alkyl Methicone, Silica Dimethyl Silylate, lauryl peg/ppg--18/18 methicone, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Tocopheryl Acetate, P ropylparaben, retinyl palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Mica), Silica, TinOxide, Triethoxycaprylyl-Silane, Calcium Aluminium Borosilicate, CI 15850, CI77491, CI 77891, CI 47005, CI 61565, CI60725
Balsam znajduje się w niczym nie wyróżniającym się sztyfcie. Jest on koloru kremowego o dość intensywnym zapachu gumy balonowej - naprawdę nienawidzę czuć go w jakichkolwiek kosmetykach, bo mnie wręcz odrzuca. Na szczęście na ustach nie utrzymuje się długo. Bardzo łatwo się rozprowadza. Rzeczywiście błyskawicznie przynosi ulgę ustom,a suche skórki czy popękane miejsca w mgnieniu oka znikają. Utrzymuje się na ustach wystarczająco długo. W nocy, gdy posmaruję usta przed snem, do rana czuję, że są one zabezpieczone. W dzień efekt ten znika szybciej przez jedzenie i picie, ale nawet wtedy usta są gładkie. Wosk i emolienty wzbogacone panthenolem wykonują dobrą robotę.
Balsam nie powoduje podrażnienia czy pieczenia, ale pomimo że sprawdza się u mnie ok, nie kupiłabym go przez ten zapach, jednak jestem ciekawa innych wariantów.


Znacie ten balsam? Jak u Was się sprawdza? Co możecie polecić do nawilżania ust?
Czytaj dalej »

KALENDARZ 2018, STYCZEŃ - "HU, HU, HA, NASZA ZIMA ZŁA" Z BEAUTY BIGBANG

To mani zdecydowanie nie trafi na listę moich ulubionych zdobień. Długo zastanawiałam się czy w ogóle Wam je pokazać. Na zdjęciach wygląda jeszcze gorzej niż w rzeczywistości. Chyba tak jasne kolory nie pasują do moich dłoni. Jednak z drugiej strony, to pierwszy miesiąc projektu i nie chciałam go opuścić, bo o zmalowaniu czegoś innego nie ma mowy ze względu na brak czasu. Ten miesiąc, do lutowych paznokci, traktuję jako rekonwalescencję. Dlaczego? Odpadł mi jeden paznokieć zbudowany żelem, więc ja mądra pomyślałam: A może tak wszystkie ściągnąć? Po głowie chodził mi manicure japoński. Wkrótce zaczęłam każdy żelowy szponik nadgryzywać. Nie myślałam, że całość będzie się trzymać tak mocno i naderwałam 8/10 płytek. Brawo ja!
Z mojego zamierzenia nie wiele zostało, ale czym prędzej zrobiłam nowe paznokcie, które sprawiły, że chociaż nic mnie nie piecze, ale w lampie było ciężko.
Do tego zdobienia wykorzystałam białą hybrydę 001 Strong White z Semilaca, która stała się moją klasyką, Canni 622, folię holograficzną, o której pisałam tutaj oraz jedną opalizującą cyrkonię z Beauty Bigbang.
Canni 622 to całkiem ładnie napigmentowana popiel, na słońcu wpadająca w jasnobłękitne tony. Kryje po dwóch warstwach, średniej grubości. W lampie utwardza się w max. 30 s. Nie odpryskuje i utrzymuje się do usunięcia.  Ten kolor chciałam posypać pyłkiem mirror effect, ale efekt był tak deliaktny i ledwo zauważalny, że nie kontynuowałam tego i zostawiłam solo. Paznokcie palców małego i serdecznego pomalowałam na biało.
Na małym odbiłam wzór folii holograficznej z delikatymi kropeczkami, aby imitowały spadający śnieg. Na serdecznym przykleiłam jedną cyrkonię. Całość pokryłam topem no wipe z Mshare. Ot, tak wygląda moja zima zła.
Cyrkonie z Beauty Bigbang  otrzymałam w woreczku strunowym. Znajdują się w nim trzy rozmiary, na moim paznokciu widzicie średnie. Długo szukałam takich kryształków. Chciałam, aby były one mleczno-niebieskie, a ta złoto-pomarańczowa poświata dodaje im niesamowitego uroku. Gdy je zobaczyłam wiedziałam, że do styczniowego projektu będą idealne.
Dokładnie tak zachodzi u mnie słońce, kiedy wszystko pokryte jest śniegiem. Z pewnością zobaczycie je nie raz i nie dwa!
Pamiętajcie, że możecie wykorzystać mój kod rabatowy ASU10, który obniży wasze zamówienie o 10%


Jak Wam się całość podoba? Lubicie takie kolory na paznokciach? Znacie te cyrkonie? Wolicie opalizujące czy tradycyjne?
Czytaj dalej »

ZACHOWAJ WSPOMNIENIA, CZYLI WALENTYNKI Z PRINTU.PL

O tym jak czas szybko płynie uzmysławiam sobie każdego wieczora, gdy mając chwilkę czas odpoczywam i relaksuję się. Do święta zakochanych pozostało 18 dni. Pomyślicie, że to dużo, ale jeśli szukacie prezentu z prawdziwego zdarzenia, a nie typowo walentynkowych gadżetów, możecie mieć problem. Ludzie, którzy nie są już młodzieżą, pracują i są razem dobrych parę lat, obdarowali się z już z pewnością wieloma upominkami. Znaleźć coś wyjątkowego jest naprawdę trudno.
Zdjęcia towarzyszą mi od kołyski. To tata zaraził mnie miłością do fotografii na papierze, które są poukładane w albumach. W moim domu jest ich naprawdę dużo. Są one zdecydowanie lepszym rozwiązaniem od tych poukładanych na płytach CD.
Ostatnio bardzo modną alternatywą do albumów staje się fotoksiążka.
To właśnie ona została moim prezentem dla chłopaka, a raczej już męża. Wybierając do niej zdjęcia bardzo chciałam, aby przedstawiały naszą rodzinę. Tak też się stało. Poukładałam w niej uchwycone chwile pokazujące jak naprawdę czas ucieka między palcami, a nasza córeczka każdego dnia jest coraz większa.
Za parę lat wspólnie usiądziemy i obejrzymy tę książkę, bo cudowne jest to, że wspomnienia w takiej postaci możemy zachować na długie lata.
Fotoksiążka może być pięknym prezentem dla niego lub Was oboje. Szablonów jest naprawdę mnóstwo. Nie mogłam się zdecydować, który wybrać. Możliwe jest także stworzenie każdej strony od podstaw.
Zdecydowanie jest to jeden z piękniejszych prezentów jakie mogłam podarować mojego D.
Lubicie fotoksiążki? Znacie tę stronę?
Czytaj dalej »

CZERWONA KURTKA Z ZAFUL

Kolejne zamówienie dotarło do mojego domu. Tym razem była to czerwona kurtka z Zaful, a dokładnie parka z kapturem. Wyczekiwałam na nią, bo szał na czerwień dopadł także mnie. Byłam ciekawa tego koloru i fasonu. Zazwyczaj krój mi pasuje i swojej szafie mam już parę tego rodzaju odzieży, jednak nie na zimę. Szybko otworzyłam paczkę, przymierzyłam zawartość i... okazało się, że jest ZA MAŁA!
Przede wszystkim brakowało mi 7-10 cm w długości rękawów, co jest moją zmorą, bo mam dłuższe ręce niż statystyczna Polka. Nie mogłam się dopiąć, a gdy już to zrobiłam ewidentnie było widać, że kurtka jest za mała. Jak po młodszej siostrze. Dodam, że wybrałam rozmiar L, ale teraz wiem, że bezpieczniej było by XXL, pomimo że noszę M.
Kurtka sama w sobie nie była zła. Może inaczej wyobrażałam sobie kolor, bo ten wygląda na pomidorowy z przybrudzeniami. Materiał mi nie do końca odpowiadał. Sprawia wrażenie tłustego i lepkiego. Wewnątrz parka obszyta jest kożuchem i wydaje się być ciepła. Posiada także kaptur obszyty futerkiem. Widziałam tę kurtkę u innych dziewczyn i była ok, więc albo Zaful ma zaniżoną rozmiarówkę, albo miałam pecha. Więcej o niej przeczytacie tutaj.

Trudno, tak czasami bywa, że rozmiary wypadają inaczej, niż powinny. Na szczęście się nie zmarnuje, bo oddałam ją w dobre ręce.

Znacie tę parkę? Miałyście ją? Jak u Was wypada rozmiarówka z Zaful?
Czytaj dalej »

LE PETIT MARSEILIAIS, PIELĘGNUJĄCY ŻEL DO MYCIA

Każda z nas podczas kąpieli lubi otulać się ładnym zapachem kosmetyków pielęgnacyjnych, których używamy, nie ważne jaką konsystencję przybierają. Nie jednokrotnie wybierałam produkty tylko dzięki zmysłowi węchu, nawet jeśli opis działania nie był zachęcający. Lubiłam mocno owocowe aromaty, które swoją intensywnością potrafiły odrzucać innych członków rodziny. Od momentu pojawienia się na świecie Martynki w moim życiu nastąpił przełom. Zapachy, które uwielbiałam zaczęły mnie drażnić i przeszkadzać. Mocno owocowe nuty zaczęłam zastępować bardziej delikatnymi kwiatowymi i morskimi, dlatego dziś opowiem Wam o żelu Le Petit Marseiliais , który otrzymałam w wygranym boxie i stał się on jednym z moich ulubionych kosmetyków. 

Pielęgnujący żel do mycia „odświeżenie” algi morskie& minerały morskie.
Le Petit Marseillais zaprasza Cię na zmysłowy rytuał morskiej pielęgnacji. Odkryj dobroczynne działanie składników zamkniętych w Pielęgnującym Żelu do mycia Le Petit Marseillais.
Algi z Morza Śródziemnego: prawdziwy skarb z głębi Morza Śródziemnego, od zawsze wykorzystywany w zabiegach pielęgnacyjnych.
Minerały Morskie: znane z bogactwa cennych dla skóry soli mineralnych oraz magnezu.
Formuła kosmetyku sprawia, że skóra po prysznicu pozostaje oczyszczona, wyjątkowo miękka, nawilżona i otulona świeżością bryzy morskiej. Odkryj nowy rytuał pielęgnacji Le Petit Marseillais. pH neutralne dla skóry. Produkt testowany dermatologicznie. Biodegradowalna masa myjąca pochodzenia roślinnego.

SKŁAD: Aqua, Ammonium Lauryl Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Maris Aqua, Laminaria Digitata Extract, Ulva Lactuca Extract, Magnesium Chloride, Polyquaternium-7, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Propylene GLycol, Sodium Chloride, Citric Acid, Potassium Sorbat, Sodium Benzoate, Parfum, CI 42090.

Żel do mycia ma klasyczną butelkę zamykaną na klik. Uwielbiam jej kolor, który bardzo dobrze przywołuje u mnie obraz morza, alg i minerałów. Szata graficzna jest również standardowa, co sprawia że z wielką chęcią włożyłabym tę butelkę do koszyka w sklepie.
Żel ma konsystencję rzadszą, jakby lekko rozwodnioną, a jego kolor bardzo przypomina ten z opakowania. Lubię jego zapach. Jest on delikatny dla nosa, nienachalny. Można w nim wyczuć morskie tony. Podczas aplikacji na zwilżone ciało pieni się tworząc niewielką, ale dobrze myjącą pianę. Po spłukaniu mocno czuć odświeżenie, orzeźwienie i ochłodzenie. Nawilżenia nie zauważyłam, ale skóra rzeczywiście była miękka. 
Wydaje się być idealny na upalne dni lub poranny prysznic, bo pobudza od razu po spłukaniu go wodą, nawet tą ciepłą.

Znacie ten żel? Lubicie kosmetyki LPM? Jaki inny zapach polecacie do przetestowania?

Czytaj dalej »

NIEBO Z MISS SPORTY, GOLDEN ROSE I BROKATEM


Cześć dziewczyny!
W dzisiejszym mani w roli głównej lakier, o którym pisałam Wam tutaj. Z początku moje zamierzenie co do zdobienia było nieco inne, ale trafiłam na ferelne wodne naklejki, które po ściągnięciu z arkusza sklejały się, więc postanowiłam zostawić już ten temat w spokoju i postawić na coś "normalniejszego". Oprócz pięknego niebieskiego wykorzystałam także biel od Golden Rose Rich Color oraz brokat, który już kiedyś pokazywałam Wam na facebooku, a tutaj ładnie się wkomponował i uzupełnił cały manicure.
Jeśli chodzi o trwałość to nie mogę nic zarzucić, chociaż zauważyłam, że brokatowy top, pomimo wyschniętego białego lakieru troszkę go ściągnął powodując fałdki, które wyglądają identycznie jak źle utwardzony lakier hybrydowy, w szczególności biały z Semilac.
Na koniec moje ulubione zdjęcie tego zdobienia, które wykonałam w blasku zachodzącego słońca, a jak wiadomo, uwielbiam każde zachody.
Czytaj dalej »

SALLY HANSEN MAXIMUM STRENGHT

Cześć dziewczyny!
W czasie, gdy nie nosiłam hybryd czy żeli albo gdy naszedł mnie pomysł może zapuszczę swoje paznokcie postanowiłam kupić odżywkę. Dość szybko w Rossmannie wpadła mi w ręce Sally Hansen Maximum Strenght. Nie oczekiwałam, że przez tydzień może wzmocnić moje paznokcie, ale dałam jej szansę.
Wzmocnienie: Paznokcie zauważalnie mocniejsze w ciągu 1 tygodnia.
Martwią Cię: Osłabione paznokcie, które pękają i rozdwajają się.
Jak to działa? Włókna celulozy tworzą mikro-siatkę, która chroni i wzmacnia paznokcie.
Rezultat: Mocniejsze i bardziej odporne na zniszczenia paznokcie już po pierwszym tygodniu stosowania*.
*badania oparte na grupie 103 konsultantek
SKŁAD: Ethyl Acetate, Butyl Acetate, Nitrocellulose, Adipic Acid/Neopentyl Glycol/Trimellitic Anhydride Copolymer, Isopropyl Alcohol, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Triphenyl Phosphate, Propyl Acetate, Cellulose, n-Butyl Alcohol, Stearalkonium Bentonite, Diacetone Alcohol, Benzophenone-1, Titanium Dioxide, Stearalkonium Hectorite, Citric Acid, Dimethicone, D&C Red No. 6 Barium Lake (CI 15880), D&C Yellow No. 5 Aluminium Lake (CI 19140).
Przede wszystkim pierwsze to co zobaczyłam to piękny, delikatny kolor emalii z mocno różową nakrętką. Pomyślałam, że będzie ona tworzyć bardzo naturalną warstwę na paznokciu. Nic bardziej mylnego! Ale od początku.
Buteleczka mieści w sobie 13,3 ml lakieru. Naprawdę dość sporo. Po odkręceniu tej pięknej nakrętki najpierw można wyczuć zapach, który jest zbyt intensywny, a następnie zobaczyć pędzelek. Mój Boże! Kto wymyślił, aby był on tak długi i tak cienki?! Zazwyczaj nabiera się na niego zbyt dużo produktu, który raz że wylewa się na skórki, a dwa S T R A S Z N I E smuży! Postanowiłam całość zmyć i spróbować  ponownie, tym razem z mniejszą ilością. Tutaj znowu się rozczarowanie. Zostawiłam to już w świętym spokoju, ale moje marzenie o naturalnej warstwie uciekło. Nie chciałam już używać jej solo, bo pod lakierem kolorowym nie będzie nic widać.
Używałam jej przez dwa, trzy tygodnie mając choć niewielką nadzieję na poprawę stanu paznokci, ale na próżno. Nie zrobiła ona kompletnie nic. O wzmocnieniu i odporności na na zniszczenia nie ma mowy.
Jak na razie tylko stoi i wygląda, bo może przyda się kiedyś jako gadżet do zdjęć, ale nic poza tym.
Znacie ją? Używałyście? Jak u Was się spisała? Koniecznie dajcie znać!
Buziaki :*
Czytaj dalej »

SQULA, NAUKA PRZEZ ZABAWĘ!

Od małego lubiłam poznawać zarówno nowe kształty, kolory, jak i liczby czy litery. Rodzice kupowali mi kolorowanki, a ja całymi dniami każdy obrazek jak najdokładniej kolorowałam. Później przyszedł czas Szkoły Podstawowej. Absolutnie zawsze chciałam mieć najlepsze oceny. Lubiłam rozwiązywać zadania w szkole, szczególnie z matematyki, na przód, abym w domu miała jak najmniej do odrobienia. Nauka przychodziła mi z wielką łatwością, ale gdy uczyłam się na sprawdziany to godzinami opowiadałam sobie o tym, co musiałam wiedzieć. Ocena poniżej 5- była dla mnie nie do przyjęcia i naprawdę wolałam dostać 1, aby ją poprawić na 5, bo wtedy nauczyciele skreślali tę złą. 4+ było dla mnie katorgą.
Dopiero w liceum się to zmieniło, gdy nauczyciele powtarzali, że to nie średnia jest najważniejsza, a wyniki na maturze.
W szkole, szczególnie w Podstawówce były też dzieciaki, które nie radziły sobie tak dobrze jak inni lub po prostu nie lubiły się uczyć. Teraz można to bardzo łatwo rozwiązać, ale za moich czasów nie istniały platformy edukacyjne zachęcające do nauki.
Squla.pl to właśnie taka platforma, która pomaga dzieciom rozwijać ich talenty i zainteresowania. Chyba wszyscy wiemy, że przez zabawę młode pokolenie zapamiętuje o wiele więcej. Dla rodziców ważną informacją powinna być ta, która mówi, że platforma jest zgodna z podstawą programową Ministerstwa Edukacji Narodowej na rok szkolny 2017/2018.
Squla udostępnia m.in. interaktywne gry czy quizy zachęcające do nauki. Obejmuje program nauczania wszystkich przedmiotów szkolnych w klasach 1-6 oraz edukacji przedszkolnej, więc są to zadania dla dzieci w wieku 3-12 lat. Są one również dostosowane do tempa nauki. Platforma będzie działała na wielu urządzeniach. W ramach jednego konta można korzystać z niej na komputerze, tablecie czy smartfonie. Umożliwia także rodzicom śledzenie postępów w nauce swoich pociech.
Aby sprawdzić jak to wszystko działa, możemy wypróbować wersję demo. Jest ona bezpłatna. Dla mnie najbliższy jest poziom dla 3-latka, więc od tego zaczęłam. Martynka ma dopiero prawie osiem miesięcy, ale za dwa latka, a może i wcześniej, będzie wszystkiego ciekawa, więc razem zaczniemy bawić się w tej platformie, aby moje dziecko lepiej poznawało otaczający ją świat.
Polecenia są dobrze sformułowane, dzięki czemu nawet taki maluch nie będzie miał problemu z ich zrozumieniem. Podoba mi się również ogólny wygląd strony, która zdecydowanie jest dostosowana dla dzieci.
Moim zdaniem warto jest wykupić pełną wersję Squli. Kosztuje ona tylko 14,99 zł na miesiąc, ale z pewnością pomoże w nauce nie jednemu dziecku. Lepiej pieniążki wydać na edukację Smyka niż kolejną zabawkę, którą zaraz rzuci w kąt.

Znacie tę platformę? Co o niej sądzicie? Lubicie naukę przez zabawę?
Czytaj dalej »

LAURA CONTI, ŻEL I OLEJEK ARGANOWY

Cześć dziewczyny!
Jak wiecie w wygranej paczce od Laura Conti otrzymałam żel zmiękczający do skórek oraz olejek arganowy. Testowałam je nie tylko na sobie, ale i na klientkach, którym wykonywałam paznokcie, dlatego mam już pewne zdanie o tych produktach, którym bardzo chciałabym się z Wami podzielić.
Żeli do zmiękczania skórek nie używałam w ogóle, ale dość często do odsuwania ich wystarczało mi zanurzanie dłoni w wodzie z dodatkiem ulubionego mydła, soli i olejków. Natomiast aplikacja olejków na paznokcie, pod wolny brzeg oraz wcieranie ich to moja codzienność. Zazwyczaj przed snem robiłam to, aby wszystko mogło lepiej wchłonąć i zadziałać. Wiem jakie miałam oczekiwania o tych produktów, więc zapraszam do lektury.
ŻEL ZMIĘKCZAJĄCY SKÓRKI Z DELIKATNYM EFEKTEM PEELINGU
Żel zmiękczający skórki z delikatnym efektem peelingu. Na bazie gliceryny, z olejkiem rycynowym, mocznikiem i ekstraktem z aloesu. Dodatek drobinek peelingujących poprawia efektywność produktu. łagodny, wydajny i przyjemny w aplikacji, działa w ciągu 3-5 minut. Kosmetyk ściera zanieczyszczenia i poleruje powierzchnię płytki paznokcia, nadając jej jaśniejszy i gładszy wygląd oraz zmiękcza i nawilża skórki wokół paznokcia, ułatwia ich odsuwanie za pomocą patyczka. Wyraźnie poprawia wygląd płytki paznokciowej i okolicy paznokcia. Nadaje dłoniom naturalny, zdrowy i wypielęgnowany wygląd.
SKŁA: Aqua, Glycerin, Pumice, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Urea, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Rcinus Communis Seed Oil, Phenoxyethanol, Potassium Hydroxide, Carbomer, Sodium Hydroxymethylglycinate.
Już podczas odkręcania matowej, bezbarwnej buteleczki z białą nakrętką słychać drobiny peelingujace, które są maleńkimi kawałkami pumeksu. Pędzelek jest długi i wąski. Wolałabym, aby produkt znajdował się w wyciskanej tubce. Żel jest przezroczysty, w którym doskonale widać te drobinki. W konsystencji żelowy, nałożony na skórki nie spływa i nie migruje. Zapach ma specyficzny, wyczuwalny tylko na pędzelku. Na paznokciach nic się nie odczuwa.
Jest naprawdę wydajny. Używam go sporo czasu, a wciąż jest go w buteleczce ponad 3/4. Po zaaplikowaniu odczekuję 3-5 minut wg zaleceń producenta i wykonuję masaż, aby całość lepiej zadziałała. Efekt jaki uzyskuję jest zależny od grubości oraz wielkości skórek, ale nigdy nie jest to WOW. Nie raz ani nie dwa zdarzało się, że musiałam czynność powtarzać dwu- a nawet trzykrotnie. Nigdy nie zauważyłam, aby polerował powierzchnię płytki czy nadawał jaśniejszy wygląd, ale w tych wszystkich minusach znalazłam jeden plusik - po wykonaniu peelingu skórki wokół paznokcia są rzeczywiście nawilżone.
Mając do wyboru mój sprawdzony sposób, a ten żel wybiorę swoją klasykę.
ODŻYWCZY OLEJEK ARGANOWY DO PAZNOKCI
Witaminizowana, odżywcza oliwka do paznokci na bazie olejku arganowego. Do głębokiej pielęgnacji paznokci suchych, łamliwych i rozdwajających się. Stymuluje wzrost płytki paznokcia. Zmiękcza skórki. Nadaje paznokciom i skórkom zadbany wygląd. Użyty na kolorową, nie wyschniętą jeszcze emalię przyspiesza jej wysychanie. Polecany szczególnie do suchych i pękających paznokci u stop.
SKŁAD: Ricinus Communis Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Extract, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Tea Tree Leaf Oil, Lavender Oil, P ropylparaben
Olejek, podobnie jak żel, umieszczony jest w matowej, bezbarwnej buteleczce z białą nakrętką i długim oraz cienkim pędzelkiem.
Po okręceniu nakrętki bardzo wyczuwalny jest olejek rycynowy. Tutaj, moim zdaniem, nastąpiło małe nieporozumienie. Bazą nie jest olejek arganowy, a rycynowy, który nawet znajduje się na pierwszym miejscu w składzie. 
Olejku używałam od czasu, gdy go otrzymałam. Niestety nie jest on wydajny i bardzo szybko go ubywa, ale to co dla mnie najważniejsze - działa! Moje paznokcie po usunięciu hybrydy wraz z bazą są mocniejsze i twardsze. Stymulacja wzrostu paznokci mimo to nie nastąpiła, nadal rosną swoim tempem. Nie nakładam go na zwykły lakier, bo takowych nie używam,więc na razie nie wiem czy przyśpiesza wysychanie, ale sprawdzę to.
Skórki zmiękcza tylko jeśli na nie zaaplikuje ten produkt. Wtedy wyglądają ok, ale gdy o tym zapomnę, wracają do swojego stanu. 
W tym produkcie jestem zdecydowanie na TAK, dzięki wzmocnieniu jakie nastąpiło i z chęcią kupię kolejne buteleczki, bo ani olejek arganowy ani olejek rycynowy solo nie poprawił stanu moich paznokci.

Używałyście tych produktów? Jaki żel do zmiękczania skórek możecie polecić? 
Czytaj dalej »

CZĘŚĆ VIII - PASTELOVE

Cześć dziewczyny!
Czasami mam ochotę na coś normalnego na paznokciach, tym razem postawiłam tylko na kolor, a nawet dwa kolory. Pierwszy to przepiękny lawendowy lakier od MISS SPORTY nr 190, o którym pisałam Wam już tutaj, a drugi to turkus od Golden Rose Express Dry nr 66, o którym pisałam tutaj
Od kiedy tylko pamiętam chciałam zrobić paznokcie właśnie w tym kolorach. Kiedyś, bardzo dawno temu - jeszcze w liceum - miałam coś podobnego. W mani chodziło mi się bardzo dobrze, ale jak zazwyczaj to u mnie bywa, po trzech dniach całość mi się najnormalniej w świecie znudziła. Po tym czasie zauważyłam też lekko starte końcówki na fiolecie, chociaż nie było to jakoś uciążliwe dla oka. 
Jak Wam się podoba taka delikatna wersja bez żadnych dodatków? 

Czytaj dalej »