Coslys, szampon naprawczy i intensywna maska z keratyną

Cóż Wam będę długo mówić. Moje włosy nie lubią keratyny. Są po niej suche, szorstkie, ciężko się rozczesują, ale podczas testowania jakiegokolwiek kosmetyku nigdy nie sugeruje się tym co teoretycznie powinno się stać. Podchodzę do tego na neutralnym gruncie, dzięki czemu wyciągam więcej wniosków. Tak samo było podczas duetu, o którym dziś Wam opowiem: szamponie naprawczym z keratyną do włosów osłabionych i zniszczonych oraz intensywnej masce do włosów osłabionych i zniszczonych z keratyną.


SZAMPON NAPRAWCZY Z KERATYNĄ DO WŁOSÓW OSŁABIONYCH I ZNISZCZONYCH
Formuła szamponu oparta jest na bazie myjącej roślinnego pochodzenia, bez siarczanów. Szampon zawiera roślinną keratynę, tak by naprawdę dogłębnie pielęgnować włosy. Kombinacja składników została tak dobrana, aby oczyszczać włosy bez wysuszania i niszczenia oraz by uczynić ich stylizację wyjątkowo łatwą. Szampon wzmacnia włókna włosów, chroniąc je przed gorącem pochodzącym z suszarki lub prostownicy. Dla uzyskania najlepszych rezultatów, polecamy łączne stosowanie szamponu i intensywnej maski Coslys z keratyną do włosów osłabionych i zniszczonych.

Twoje włosy natychmiast będą bardziej miękkie, gładsze i chronione. Już po pierwszym użyciu szamponu i maski z keratyną Coslys twoje włosy staną się:
- wyraźnie gładsze
- chronione przed gorącem pochodzącym z urządzeń elektrycznych
- silniejsze
- bardziej błyszczące i pełne witalności

SKŁAD: Aqua (water), spiraea ulmaria flower extract*, sodium lauryl sulfoacetate, disodium lauryl sulfosuccinate, sodium chloride, decyl glucoside, cocamidopropyl betaine, coco-glucoside, glyceryl oleate, hydrolyzed corn protein, hydrolyzed wheat protein, hydrolyzed soy, protein, tramates versicolor extract, lilium candidum flower extract*, parfum (fragrance), benzyl alcohol, dehydroacetic acid, leucononstoc/radish root ferment filtrate, sodium benzoate, potassium sorbate, limonene, linalool.
*z rolnictwa ekologicznego
99,11 % składników jest pochodzenia naturalnego
10 % składników pochodzi z rolnictwa ekologicznego
Szampon znajduje się w tubie z miłą dla oka szatą graficzną. Jego zapach jest intensywnie kwiatowy, dla niektórych z Was może być aż nadto duszący. Mi akurat nie przeszkadza, bo lubię takie aromaty. Dość ciężko jest go wydobyć, bo jest gęstszy niż typowy szampon. Nie ma problemów z pienieniem, chociaż ja zawsze włosy myje dwa razy. Łatwo jest go spłukać. Nie pozostawia zapachu na włosach.
Po jego dokładnym przetestowaniu aż nasuwa mi się myśl a nie mówiłam? Tutaj bardzo dobrze widoczne jest to, że keratyna nie lubi się z moimi włosami. W trakcie i po spłukaniu trudno jest je rozczesać nawet palcami. Odsączeniu wody nawet moja ulubiona szczotka ma z tym ogromne trudności. Muszę więc albo poczekać aż same wyschną albo rozczesywać je na siłę. Gdy wybiorę opcję pierwszą mam totalny push-up na głowie i każdy włosek żyje swoim życiem. Natomiast jeśli już je porozczesuje, chociaż nie dość że trwa to sporo czasu, na szczotce mam mnóstwo włosów to głowa boli mnie nie miłosiernie, i wyschną są szorstkie i suche w dotyku. Nie jest to produkt, po który sięgnę ponownie.

COSLYS INTENSYWNA MASKA DO WŁOSÓW OSŁABIONYCH I ZNISZCZONYCH Z KERATYNĄ
Formuła maski do włosów bardzo zniszczonych i trudnych do ułożenia została wzbogacona keratyną pochodzącą z ceramidów roślinnych. Ta intensywna kuracja naprawia włókna włosów, chroniąc je jednocześnie przed działaniem gorąca pochodzącego z suszarki lub prostownicy. Dla uzyskania najlepszych rezultatów użyj najpierw szamponu Coslys do włosów zniszczonych i osłabionych z keratyną.
Twoje włosy natychmiast będą bardziej miękkie, gładsze i chronione. Już po pierwszym użyciu szamponu i maski z keratyną Coslys twoje włosy staną się:
- wyraźnie gładsze
- chronione przed gorącem pochodzącym z urządzeń elektrycznych
- silniejsze
- bardziej błyszczące i pełne witalności

SKŁAD: Aqua (water), brassica alcohol, spiraea ulmaria flower extract*, cetyl alcohol, caprylic/capric triglyceride, glycerin, brassicyl isoleucinate esylat, butyrospermum parkii (shea) butter*, linoleic acid, hydrolyzed corn protein, hydrolyzed wheat protein, hydrolyzed soy protein, arginine, behenyl /stearyl aminopropanediol esters, trametes versicolor extract, aloe barbadensis leaf juice powder*, lilium candidum flower extract*, sclerotium gum, parfum (frafrance), benzyl alcohol, dehydroacetic acid, tocopherol, glycine soja oil, leuconostoc/radish root ferment filtrate, linolenic acid, sodium benzoate, potassium sorbate,limonene, linalool, geraniol.
*z rolnictwa ekologicznego
98,9 % składników jest pochodzenia naturalnego
27 % składników pochodzi z rolnictwa ekologicznego
Maska również znajduje się w tubie, nieco mniejszej niż szampon. Zdecydowanie lepiej jest z niej wydobyć produkt, bo w konsystencji jest typowa dla kosmetyków swojej kategorii.
Nakładałam ją prawie zawsze zgodnie z zaleceniami producenta, jednak czasem zdarzało się, że mój czas był mocno ograniczony i musiałam spłukiwać ją dużo szybciej. O tyle, o ile szampon nie jest moim ulubieńcem, tak w przypadku maski jest lepiej. Może włosy nie są super nawilżone i lśniące, ale są dobrze dociążone, nie puszą się, nie wywijają i przede wszystkim można je rozczesać bez bólu. Myślę, że chroni także przed gorącym powietrzem. Może nie tyle suszarki, bo jeśli już muszę wysuszyć włosy to robię to zimnym powietrzem, ale nie raz wychodziłam z mokrą głową na totalne słońce w czasie wiosennych upałów i moje włosy nie zostały przez to ani przesuszone, ani zniszczone.

Całość ze sobą świetnie współgra i się uzupełnia, chociaż ten efekt jest gorszy niż w przypadku nawilżenia włosów innymi kosmetykami. Jeżeli miałabym wybierać jeden z tych produktów, które będę używała solo, wzięłabym na pewno maskę.

Znacie ten duet? Jak u Was sprawdzają się kosmetyki do włosów z keratyną?
Czytaj dalej »

Nail Art Tutorial - Aquarelle Flower

Cześć Dziewczyny!
W kolorze żółtym Tęczowego Projektu Paznokciowego pokazywałam Wam swoje mani, a w nim kwiatek wykonany przy pomocy Aquarelle od NeoNail.
Pomyślałam, że z chęcią podzielę się z Wami sposobem na jego wykonanie. Jest to banalnie proste i mam nadzieję, że chociaż troszkę pomoże Wam w osiągnięciu całkiem fajnego efektu. Jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam!


  1. Swój manicure rozpoczynam zawsze tradycyjnie. Po usunięciu starego lakieru hybrydowego, nakładam preparat do usunięcia skórek. Następnie delikatnie odsuwam je drewnianym patyczkiem i matuję paznokcia. Przecieram cleanerem. Nakładam bazę hybrydową, którą utwardzam w lampie LED 48 W. 
  2. Nakładam dwie warstwy Aquarelle Base White, każdą utwardzając w lampie LED. Jeśli Was zadowoli jedna warstwa, to nie ma z tym żadnego problemu. 
  3. Na mały kawałek podkładki lub papierka aplikuję po jednej kropli wybranych kolorów. U mnie to Lavender Aquarelle oraz Purple Aquarelle.
  4. Ponownie maluję paznokcie Aquarelle Base White, tym razem jej nie utwardzając. Zamaczam cienki pędzelek do zdobień w jaśniejszej kropli i od zewnątrz do wewnątrz nakładam na mokrą bazę, tak aby powstało pięć płatków. Czekam aż całość rozpłynie się. Nie utwardzam.
  5. Purple Aquarelle aplikuję w taki sposób, aby stworzyły mi pręciki. W miejscu, gdzie białej bazy jest więcej, a poprzedni kolor nie rozpłynął się, ciemniejszy kolor bardziej się rozmaże. Tam, gdzie jest mniej miejsca, rozmycie będzie bardzo delikatne. Ponownie nie utwardzam.
  6. Na środek kwiatka aplikuję niewielką kropkę, którą pędzelkiem rozprowadzam do płatków. Całość utwardzam w lampie LED. 
  7. Na koniec nakładam Hard Top i ostatni raz utwardzam zdobienie w lampie LED. Przecieram cleanerem.


To jest mój ulubiony sposób na naprawdę ładnie wyglądające zdobienie. Oczywiście wkrótce pokombinuję troszkę z innymi możliwościami i z radością pokażę Wam jak wyglądać może efekt, gdy zamiast nieutwardzania lakieru, właśnie się go utwardzi, a następnie nałoży Clear Base i ciemniejszy kolor. Nie mniej efekt mnie niesamowicie zadowala, chociaż uważam, że lepiej prezentuje się na krótkich paznokciach, niż tak dużych jak wzornik.
Jak Wam się podoba taki kwiatek? Lubicie efekt Aquarelle? Często macie go na swoich paznokciach?
Czytaj dalej »

Tęczowy Projekt Paznokciowy - żółty

Cześć Dziewczyny!
Nie mogłam się już doczekać, aby pokazać Wam to mani, pomimo że jest ono na moich krótkich paznokciach. Wciąż zastanawiam się jaką wersję wolę bardziej, krótkie kwadraty czy mocno długie migdałki. Chyba każda mama wie, że przy małym dziecku o wiele wygodniej jest, gdy paznokcie są skrócone do minimum, ale fakt posiadania pięknych i długich bardzo, bardzo kusi. Jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii? Jednak dziś to nie o kształcie i długości chciałabym Wam opowiedzieć, a o mojej stylizacji związanej z kolejnym kolorem w Tęczowym Projekcie Paznokciowym, a mianowicie żółtym.
Jak sięgam pamięcią, żółć miałam na paznokciach tylko raz i to przez jeden dzień. Ten kolor nie szczególnie mi się wtedy podobał. Długo głowiłam się z czym mam go połączyć, aby całość nie tylko mi się podobała, ale także była właściwa do pokazania Wam. Wtedy przypomniałam sobie, że dawniej bardzo lubiłam żółty w duecie z fioletem i tak powstał pomysł na dzisiejsze zdobienie.
Żółty lakier hybrydowy, który tutaj widzicie to NeoNail Yellow Bahama. Zauważyć można w nim bardzo subtelne, zielone nuty, które sprawiają, że lakier prezentuje się jeszcze ciekawiej. Jest on rozbieloną, neonową wersją. Będzie idealny nie tylko latem, ale także jesienią jako baza pod liściaste zdobienia. Nakłada się go przyjemnie. Jest odpowiednio gęsty. Na paznokciach nałożyłam dwie cienkie warstwy. Nie miałam żadnych problemów z jego utwardzeniem. Wystarczyło 30 sek w lampie LED 48 W. O dziwo, strasznie spodobał mi się na paznokciach, chociaż myślałam, że nigdy nie polubię u siebie tego koloru. Jest bardzo energetyczny i patrząc na niego naprawdę ma się wielką ochotę do działania i pozytywnego myślenia.
Nie chciałam jednak, aby pozostał solo, więc, tak jak wspomniałam Wam wyżej, połączyłam go z fioletem i efektem Aquarelle. Paznokieć palca serdecznego najpierw pomalowałam dwoma warstwami Aquarelle Base White. Po każdorazowym utwardzeniu nałożyłam trzecią i to na niej dwoma kolorami Lavender oraz Purple namalowałam kwiatka. Dokładną instrukcję będziecie mogły zobaczyć w jednym z kolejnych postów.
Lavender Aquarelle zaaplikowałam także na paznokieć palca serdecznego w formie jednego koloru. Początkowo nie byłam pewna czy nada się do tego, ale po utwardzeniu przekonałam się, że to świetna alternatywa. Na koniec, gdy byłam zadowolona z efektu końcowego całość przemalowałam topem Hard Top i utwardziłam.
Jak pewnie wiecie uwielbiam delikatne paznokcie, jednakże ten manicure, szalony i zwariowany nosiło mi się naprawdę dobrze. Oczywiście główne oklaski zbiera tutaj kwiatek, który rzuca się w oczy zbudzając zachwyt wśród moich znajomych. Myślę, że to nie jest ostatni raz, gdy mam go na paznokciach. Zakochana w Aquarelle z wielką chęcią przetestuje inne kolory.
A jak Wam podoba się takie połączenie kolorów? Lubicie efekt, który daje Aquarelle? 
Czytaj dalej »

Mollie - biżuteria ręcznie robiona

Uwielbiam biżuterię ręcznie robioną. Wiem ile, nie tylko pracy, ale także serca się w nią wkłada dopracowując każdy szczegół. Kiedy miałam firmę także robiłam takie małe cuda, które cieszyły się powodzeniem. Jednak po ślubie zaszłam w ciążę, a codzienne nudności i wymioty spowodowały, że nie byłam w stanie podnieść się z łóżka, a co dopiero pracować. Chciałabym wrócić do tego, ale jak na razie jest to nie możliwe. Wynagrodziła mi to firma Mollie i przepiękna bransoletka, o której dziś Wam opowiem.
Bransoletka sznurkowa, którą wybrałam zapakowana była w elegancką, czarną kopertę z czarno-białym sznurkiem i naklejką z logo. Bardzo lubię, gdy aż tak dba się o dopracowanie wszystkich szczegółów. Mój wzór to nieskończoność w formie łącznika oraz zawieszka w kształcie gwiazdki wykonane z pozłacanego srebrna na niebieskim sznurku.
Bransoletka wykonana jest z bawełnianego sznurka, mój nie jest woskowany. Nie ma zapięcia. Wkłada się ją przez dłoń i reguluje za pomocą dwóch supełków, które lubią się rozwiązywać. Jeśli potraficie wiązać takie węzełki, to nie będzie dla Was problemem, aby ją poprawić. Natomiast jeżeli Wasze zdolności manualne nie są tak zaawansowane lub nie macie do tego cierpliwości - może pojawić się kłopot. Do wyboru jest pięć rozmiarów od XS do XL. Mój to XS i nawet jest odrobinkę za duży.
Bransoletka prezentuje się naprawdę ładnie. Wystarczy nieco popracować nad trwałością supełków, aby była idealnym prezentem, bo cena nie należy do najniższych (pomijając fakt, że tak naprawdę wiem ile całość jest warta :P). Zdecydowanie w tym wypadku wolałabym tradycyjnie wklejone końcówki wraz z zapięciem.

Jak podoba Wam się taka bransoletka? Nosiłybyście ją?
Czytaj dalej »

Róż Indyjski od La Rosa w manicure

Cześć Dziewczyny!
Kiedy przedstawiałam Wam lakiery hybrydowe marki La Rosa wiele z Was napisało, że najbardziej podoba Wam się Róż Indyjski. Nie mogłam tak tego zostawić i wykorzystałam go w pierwszym manicurze wykonanym lakierami tej marki. Tak wiem, że pisałam iż nadaje się on bardziej na jesień, ale kolor sam w sobie jest elegancki, więc czemu by go nie wykorzystać także wiosną (to jeszcze upalna wiosna czy może już lato:D)?
W Różu Indyjskim cała aplikacja przebiega bardzo miło. Dwie cienkie warstwy dają idealne krycie. Każdą z łatwością można utwardzić w lampie LED 48 W w czasie 30 sek. Kolor w sam sobie jest dość ciemny. U mnie faktycznie solo wyglądałby bardzo przygnębiająco. Może to kwestia kształtu paznokci, które nota bene wtedy były o wiele dłuższe niż teraz, gdy piszę post. Na zdjęciu możecie zobaczyć jak różni się odcień ten hybrydy w zależności jaką mam nałożoną bazę. Palec serdeczny to baza przezroczysta, natomiast środkowi jest wzmocniony żelem w kolorze Cover Peach, która świetnie podbija go.
Aby rzeczywiście całość nie była zbyt biurowa, na paznokciu palca serdecznego nałożyłam białą bazę od Bluesky i namalowałam ulubionego kwiatka.
To mani nosiło mi się całkiem dobrze. Początkowo jego kolor miał być o wiele jaśniejszy, ale hybryda którą wybrałam sprawiała mi kłopoty i postawiłam na klasykę. Na zdjęciu możecie zobaczyć już odrost, który tak naprawdę nie bardzo rzucał się w oczy. Dzięki temu ten lakier świetnie nadaje się także dla tych z Was, które są w trakcie zapuszczania paznokci, nawet tych mocno króciutkich.
Do Różu Indyjskiego będę wracać raczej jesienią, kiedy moje paznokcie potrzebują odpoczynku od kolorowego letniego szału. Myślę, że ładnie komponowałby się także z ciemną zielenią i odpowiednio dobranym zdobieniem.

A jak Wam się podoba to mani i kolor? Lubicie odcienie różu w tonacji Różu Indyjskiego?
Czytaj dalej »

Lakiery hybrydowe MAGA

Cześć Dziewczyny!
Po tym jak hybrydy MAGA okazały się u mnie być fenomenalne, postanowiłam domówić kolejne kolory. Jak widzicie na zdjęciu wyżej, w większości to po prostu pastele, który uwielbiam. Dziś opowiem Wam troszkę o ich odcieniach.

009 Lakier hybrydowy MAGA Pink Obsession 
Kolor intensywnie różowy, ale stonowany. Nie znajdziecie w nim neonowych tonów. Przypomina lekko przybrudzony amarant Jak dla mnie jest za ciemny, ale zamówiłam go dla mojej mamy. Kryje po dwóch warstwach.

100 Lakier hybrydowy MAGA Beige Fluff 
Bardzo, bardzo rozbielony różowy. Idealny dla Panny Młodej lub Księżnej czy osób, których obowiązuje jasny kolor na paznokciach. Beige Fluff nadaje się do tego idealnie. Troszkę gorzej jest z kryciem. Nawet trzy warstwy mogą w niektórych miejscach pokazywać prześwity. Trzeba sobie wypracować jego aplikowanie na paznokcie. Mimo to lubię go, bo u mnie jasne paznokcie to ostatnio przyjemność

101 Lakier hybrydowy MAGA Newborn 
Ciemniejszy od 100. Mogłyście zobaczyć go chociażby w tej stylizacji. Tutaj również z kryciem mogą być problemy. Szczególnie jeśli zamiast trzech cieńszych warstw, nałożycie dwie grubsze. Pojawią się nieestetyczne, ciemne plamy. U mnie po dwóch tygodniach noszenia kolor znacznie wyblakł i stał się o wiele jaśniejszy niż był na początku. Problem ten miałam przykrywając go różnymi topami.

205 Lakier hybrydowy MAGA Old Jeans 
Myślę, że jego nazwa wspaniale go oddaje. Pamiętacie stare, jasne jeansy, które bywały lekko przybrudzone? Ten lakier właśnie taki jest! Jasnoniebieski z delikatnymi brudnymi odcieniami. Trzeba na niego uważać, ponieważ akurat u mnie lubi się rozwarstwiać, tak ze jaśniejsza część oddziela się od ciemniejszej i powstają plamy. Co w tej sytuacji zrobić? Dobrze go wymieszać, potrząsając buteleczką.

304 Lakier hybrydowy MAGA Summer Down 
Kolor na stronie wygląda na bardzo ładny. Chciałam taki w swojej kolekcji, bo idealnie nadaje się pod zdobienia lub do innych, ciemniejszych odcieni. W rzeczywistości jest to coś z pogranicza kremu, a mocno rozbielonej brzoskwini. Też się rozwarstwia, chociaż tutaj jest go już ciężej połączyć. Z kryciem na podobne problemu co dwa lakiery hybrydowe wyżej.

401 Lakier hybrydowy MAGA Ms Raspberry 
Moim zdaniem ten kolor nawet nie leżał obok maliny. Szybciej nazwałabym go morelowym. Idealny do opalonej skóry u dziewczyn, które nie chcą aby ich paznokcie bardzo rzucały się w oczy.

506 Lakier hybrydowy MAGA Grey Like Stone 
Pokazywałam Wam go w tym mani. Bardzo go lubię.

600 Lakier hybrydowy MAGA Angel's Touch 
Neonowa wersja koloru koralowego. Pięknie wygląda na opalonej skórze, gdzie świetnie się odbija. Niestety ma ten sam problem, co róż - z czasem blaknie. O ile w różu to raczej przebiega równomiernie i nie jest to tak widoczne, jeśli ktoś o tym nie wie. To w przypadku tego lakieru pojawiają się jasnokremowe plamy. Szkoda...

711 Lakier hybrydowy MAGA Mr Shy 
Zdecydowanie może być nazwany Panem Nieśmiałym. Niebiesko-fioletowy lakier z nieco przybrudzonymi tonami świetnie sprawdzi się w jesienne, mgliste dni. Nie ma tutaj ani problemu z rozwarstwianiem, ani blaknięciem. Ja go bardzo lubię.

Tak prezentuje się moja nowa dziesiątka lakierów hybrydowych marki MAGA. Większość jest naprawdę fajna, chociaż nie wiem dlaczego niektóre robią mi psikusy. Mam nadzieję, że kolejne będą jeszcze lepsze.
Jak Wam się podobają te kolory? Lubicie pastele czy jesteście fankami mocnych odcieni? Który lakier przypadł Wam do gustu najbardziej? 
Czytaj dalej »

Long Lasting Liquid Eyeliner - Zaful

Przeglądając jakiekolwiek strony typu Zaful zawsze rozpoczynam od działu beauty, bo czasami można znaleźć ciekawe produkty. Jednym z takich był eyeliner w pisaku. Wątpiłam, że można okazać się fajny, bo przetestowałam ich sporo. Jak się sprawdził? Zapraszam na wpis.
Tak naprawdę nie wyróżniał się niczym szczególnym. Zapakowany był w prosty, czarny kartonik z białymi napisami - minimalizm totalny i to lubię. Wewnątrz opakowania ukryty był czarny pisak, ale tym razem z fioletowymi napisami. Od razu urzekła mnie końcówka - miękka, odpowiednio długa, ostro zakończona. Sporo tego rodzaju kosmetyków jest gorszych jakościowo. Na momencie zrobiłam parę kresek na dłoni i przepadłam kompletnie! Czyżby ideał? Świetnie napigmentowany, ładnie kończył malunki. Można nim było zrobić zarówno te cienkie, jak i grubsze kreski. Zasycha szybko, więc nawet gdy się spieszyłam nie miałam z nim problemu. Na oku wytrzymywał 10-13 godzin bez poprawiania. Troszkę przeszkadzało mi jego wykończenie. Wyschnięty na powiece był błyszczący? Taki jakby przejechać po nim jakimś nabłyszczaczem, więc ja matowiłam go pudrem transparentnym lub czarną kredką. Niestety, dość szybko musiałam go pożegnać. Zatyczka musiała być słabo włożona i odstrzeliłam a eyeliner wyschnął na kamień. Nie dało się go uratować, czego naprawdę żałuję, bo był super. Jeśli będę miała okazję, na pewno kupię go ponownie.


Znacie ten eyeliner? Kupujecie kosmetyki na chińskich stronach? Jaki jest Wasz ulubiony?

Czytaj dalej »

Dziewczęce mani lakierami hybrydowymi NOX Nails i Bluesky Polska

Cześć Dziewczyny! 
Jeśli czytacie mnie regularnie to z pewnością wiecie jak wielką sympatią darzę lakiery w kolorze różowym. Oczywiście nie każdy odcień zasługuje na to miano. Najbardziej lubię wszystko co jasne i delikatne. Tak jest także w stylizacji, którą chciałabym Wam dziś przedstawić.
Opiera się ona o dwie marki lakierów hybrydowych: NOX Nails oraz Bluesky.
Nie trudno zauważyć, że ta pierwsza to przeuroczy, dziewczęcy róż. Tak jak wspominałam Wam w tym wpisie nazywa się Guma Balonowa i pochodzi z kolekcji NOX Nails. Początkowo nie byłam do niej przekonana. Wydawała mi się zbyt chłodna jak do mojej karnacji. Jednak po skończonym mani całość tak bardzo mi się spodobała, że nie mogłam się napatrzyć. Lakier nakłada się bardzo przyjemnie. Dwie grubsze lub trzy cieńsze warstwy wystarczają, aby kolor pokrył płytkę paznokcia bez prześwitów.  Jego konsystencja jest idealna. Łatwo rozprowadza się nie tworząc gór i dolin. Utwardza się w 30 sek w lampie LED. Zdecydowanie dodałam ją do katalogu moich ulubionych róży, o których chciałabym napisać Wam osobny post.
Środkowy paznokieć to efekt Blosoom, który opisywałam Wam w tym poście. Najpierw zaaplikowałam dwie warstwy białej bazy (każdą utwardzając w lampie LED 48 W przez 30 sek), a następnie dodałam trzecią i to na niej narysowałam kwiatka lakierem hybrydowym Blosoom Gel BM06, który pięknie się rozmył. Na koniec ponownie utwardziłam. Mimo, że kolorystycznie róże bardzo ze sobą pasowały, postanowiłam dodatkowo obrysować moje zdobienie lakierem NOX Nails. Kwiatek solo był bardzo jaśniutki.
Serdeczny paznokieć pomalowałam białym lakierem od efektu Blosoom. Dwie warstwy wystarczyły, chociaż jest ona rzeczywiście rzadka i czasami mogą przydać się trzy. Mokry top obsypałam pyłkiem Śnieżny Podmuch, utwardziłam i ponownie zabezpieczyłam topem. Nie spodziewałam się takiego efektu! Pyłków miałam już naprawdę sporo, jednak ten zauroczył mnie sobą totalnie. Dodał nie tylko jeszcze większej delikatności, ale sprawił, że paznokieć przepięknie mienił się w słońcu. Nałożyłam go także na środek mojego kwiatuszka, który zyskał wspaniały wygląd.
Z tym mani chodziłam ponad tydzień. Pojawił się już spory odrost, ale postanowiłam zmienić kształt paznokci (tak wiem, znowu...) na kwadraty i całość poszła pod pilniczek. Mimo to mogę uznać, że jest to jedno ze zdobień, które fantastycznie mi się nosiło.
Gdybym brała drugi raz ślub, z pewnością wykonałabym sobie takie zdobienie, bo idealnie nadaje się na taką okazję. Subtelność przeplata się z romantyzmem. 
Jak Wam się podoba to zdobienie? Lubicie takie subtelne stylizacje czy wolicie coś bardziej szalonego?
Czytaj dalej »

Tęczowy Projekt Paznokciowy - pomarańczowy

Cześć Dziewczyny!
Tak, jak wspominałam Wam w poprzednim wpisie dotyczącym Projektu, nie udało zmalować mi się nic nowego na ten kolor. Jednak jakiś czas temu przewidziałam możliwość braku czasu i skorzystałam z tradycyjnych lakierów, które idealnie wkomponują się w dzisiejszą pomarańcz. Jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam!
Mani mogłyście obejrzeć już na moim Instagramie, gdzie opublikowałam Wam je jeszcze w maju. Do jego wykonania wykorzystałam lakiery tradycyjne marki NTN i Golden Rose.
New Technology Nails nr 214 zamknięty jest w prostopadłościanowej buteleczce. Szczerze mówiąc mam go już chyba 3 lata i nadal nadaje się do użytku. Nie zgęstniał, nie rozwarstwił się, nie wysechł. Maluje się nim naprawdę dobrze. Dwie, ewentualnie trzy warstwy wystarczą, a schną one bardzo szybko. Jego kolor określa się jako neonowy koral. Zdecydowanie coś w tym jest, bo miałam bluzę o identycznym odcieniu i nazwie. Mimo, że z tradycyjnymi lakierami nie zawsze mi po drodze, to ten bardzo polubiłam.
Aby całość nie była tylko pomarańczą, na serdeczny paznokieć pomalowałam bielą od Golden Rose Rich Color. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Lubię ją za krycie. Jedna, a czasami dwie warstwy i paznokieć idealnie pokryty. Początkowo chciałam, aby były na nim kropki wykonane NTN 214, ale coś mi nie wyszło i postanowiłam wykorzystać naklejkę wodną. Róże to kolejny, ponadczasowy motyw, który uwielbiam. Ten wzór otrzymałam w ramach współpracy od jednej z chińskich stron, ale już teraz nie pamiętam której.
Mały paznokieć pomalowałam także GR Rich Color, tym razem o numerze 126. Tutaj zdecydowanie jedna warstwa załatwia sprawę. Ogólnie seria Rich Color to nie tylko świetne krycie, ale także genialne pędzelki, którymi bardzo dobrze się pracuje i pigmentacja. Uwielbiam używać ich chociażby do stemplowania, aczkolwiek zestaw leży na dnie szafy i się kurzy.
Kolor pomarańczowy odhaczony! Mogę teraz myśleć o żółtym, na który oczywiście mam już pomysł. Oby tylko wszystko poszło po mojej myśli :P

Jak Wam się podoba dzisiejsze zdobienie? Lubicie pomarańcz na paznokciach?
Czytaj dalej »

Kiedy blogowanie zamiast przyjemności staje się obowiązkiem. Pierwszy rok bloga

Nad tym wpisem myślałam już od bardzo dawna. Chciałam w jednym poście podsumować cały rok, wyjaśnić zmiany i go zamknąć. Jeśli jesteście zainteresowane, to zapraszam do lektury!
Pierwszy wpis na blogu pojawił się 21 czerwca 2017 r. Jest to także dzień kiedy go założyłam. Początkowo nazywał się MALINOWAbeauty, a ja podpisywałam się nickiem Malinowa. Z czasem jednak postanowiłam wykupić własną domenę, aby blogspot.com nie raził aż tak mocno w oczy. Po paru dniach zmieniłam zdanie i zarówno nazwę bloga, jak i nick nazwałam Asiulcowa. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie ponowna rewolucja. NailLove było moim małym marzeniem naprawdę długo. Nie macie pojęcia jak ucieszyłam się, że domena jest wolna. Wcześniej polowałam na NaiLove, ale cena jaką należało za nią zapłacić (wydaje mi się, że w okolicy 4-5 tysięcy) mocno mnie zniechęciła. 

Jak wyglądało moje roczne blogowanie?
Zakładając bloga chciałam, aby był on o paznokciach. Na tym znam się najlepiej, mam skończone przeróżne kursy, a nawet miałam przyjemność prowadzić szkolenie dla dziewczyn z technikum ze Świecia. Paznokciowe posty miałam zaplanowane raz w tygodniu do września. Jednakże zaczęłam dostawać propozycje współpracy. Najpierw było to Zaful, następnie Gamiss i pozostała chińszczyzna. Później zaczęły pisać do mnie przeróżne marki i ich przedstawiciele. Sama także postanowiłam spróbować swoich sił i wysyłałam e-maile. Tak z jednego posta tygodniowo zrobiło się 7, a nawet więcej. Założyłam także konto na ReachaBlogger. Wtedy blog z paznokciowego przeobraził się w kosmetyczny i kolejno lajfstajlowy. Pisałam o wszystkim i o niczym. Testowałam miliony kosmetyków. Powoli pisanie nowych postów stawało się przykrym obowiązkiem. Firmy co rusz domagały się publikacji recenzji swoich kosmetyków, pomimo że od dostarczenia paczki minęło 2 tygodnie. Mój czas wolny ograniczył się do pisania i pisania. Na nic innego nie miałam czasu. Gdy tylko Martynka zasnęła, wiedziałam że muszę napisać kolejny wpis. Naprawdę zaczęło mnie to męczyć. Początkowa fascynacja nowymi współpracami zamieniała się w frustrację. Dodatkowo, kiedy dana recenzja nie była odpowiednio wychwalająca (mimo że zawsze pisałam zgodnie z prawdą faktyczną) firmy się obrażały. Ograniczyłam posty do trzech tygodniowo. 
Po wielu testach kosmetyków stan mojej cery bardzo się pogorszył. Serum z retinolem przybiło ostatni gwóźdź do trumny. Wtedy postanowiłam, że jak na razie mocno ograniczam recenzję kosmetyków pielęgnacyjnych czy kolorowych. 

Współpraca, czyli jak to jest naprawdę. 
Współprace kosmetyczne wyglądały tak, że po uzgodnieniu współpracy firma wysyłała mi swój produkt lub produkty do przetestowania. Nie wiele z nich narzucało czas testów, jeśli już się takie znalazły to było to ok. 2 miesięcy. Większość z pozostałych po 1,5-2 tygodniach pisało mi kolejnego maila z zapytaniem kiedy ukaże się recenzja. Nie wiem jak Wy, ale nie byłam w stanie w tak krótkim czasie oszacować działania danego kosmetyku. Moja cera zmienia się w cyklu, dlatego miesiąc czy półtora to było moje minimum. Niektóre firmy już wtedy ukazywały swoje fochy, ale nie bardzo się tym przejmowałam. Po moim czasie pisałam dokładny i szczegółowy opis moich wniosków. O ile były one na tak, firmy chętnie podejmowały dalszą współpracę. Jeśli były na nie, foch osiągnął swój szczyt i to było koniec kontaktu. Tak stało się chociażby po mojej, dość ostrej opinii o kosmetykach Biotaniqe. Przedstawiciel, z którym się kontaktowałam obraził się na AMEN :P. 
Zdarzały się również propozycje, które z góry narzucały, że należy wychwalać ich produkt. Tak było w przypadku bransoletki ze strony Prezenty z Dalekich Krajów, która nota bene naprawdę mi się spodobała, ale jak zauważyłam, strona już nie istnieje, podobnie jak ich Facebook. Gdy wysłałam link do recenzji i zapytałam o możliwość dalszej współpracy, uzyskałam odpowiedź, że jeśli chcę otrzymać towar warty 100 zł, muszę dać im 5 gwiazdek na FanPage'u. O Boże... Śmiech na sali :D. 
Kompletnie inaczej wyglądały wpisy z ReachaBlogger. Czasami tematy były tak bardzo nie pasujące do mnie, ale jak już się zgodzili to szkoda byłoby odmówić. Myślę, że domyślicie się, które testy swoje źródło mają w tym serwisie, bo naprawdę nie trudno się domyślić. W ciągu paru dni pojawiło się na bloggerze z 5-10 wpisów o podobnej tematyce :P. Natomiast za to blogerzy mają płacone ustaloną wspólnie kwotę. Na koniec, podczas jej wypłaty otrzymuje się umowę wraz z całym rozliczeniem i odprowadzeniem podatku do US (tak, gdyby ktoś myślał, że jest to nielegalne - przy okazji pozdrawiam te osoby, do mojej opinii o Was również dojdę).

A co z grafiką?
Faktycznie w całym kosmetycznym zamieszaniu i zniechęceniu chciałam odsapnąć i oddać się mojej drugiej pasji - grafice. Jednakże ponownie po przeanalizowaniu czasu jaki spędziłabym wykonując każdy projekt, który mam zaplanowany, zrezygnowałam. Być może wkrótce do tego wrócę, jeśli blogowe sprawy poukładam do końca.

Hejterzy, hejterzy everywhere :D
Uwielbiam ich! :D. Szczególnie podziwiam tych, którzy zakładają co rusz nowe konto na Facebooku, lajkują mój FP i piszą do mnie, że to robię nielegalnie, tamto robię nielegalnie, ale zawsze kończą rozmowę wtedy, gdy odpiszę, że sprawa jest zgłoszona wyżej :P.  Na szczęście nie trudno jest odnaleźć ich IP, a nie raz już dzwoniłam do odpowiednich służb, którzy bardzo szczegółowo poinstruowali mnie co w takich sytuacjach robić. Ostatnio oprócz wspomnianych wiadomości pojawiły się także komentarze na blogu, że dodaje tylko te opinie, które zgadzają się z moim zdaniem. Miło, że chociaż czytają moje posty i komentarze pod nimi :).
A tak serio jeśli macie swojego stalkera, warto wiedzieć o tym, że w polskim kodeksie karnym stalking (zdefiniowany jako uporczywe nękanie powodujące uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotne naruszenie prywatności) od 6 czerwca 2011 r. stanowi przestępstwo, zagrożone karą pozbawienia wolności do 3 lat (art. 190a § 1 k.k.) lub – w przypadku doprowadzenia ofiary do próby samobójczej – do 10 lat. Osoba dopuszczająca się stalkingu nazywana jest stalkerem [źródło: Wikipedia].

Recenzja, czyli krok po kroku.
Po otrzymaniu paczki (przez kuriera lub PP) pierwsze co robiłam, to fotografowałam ją. Z czasem tych paczek było tak wiele, a mojego czasu tak mało, że ustaliłam sobie sobotę dniem zdjęciowym. W nocy, gdy Martynka zasnęła, rozkładałam wszystkie swoje graty i gadżety przystępując do zdjęć. Zajmowało mi to 3, czasami 4 godziny. Pod koniec nie miałam już siły, aby myśleć czy to nad kompozycją, czy światłem, czy czymkolwiek innym. Chciałam w końcu pójść spać, a czekało mnie jeszcze sprzątanie. Następnie zaplanowałam sobie testowanie. W między czasie kolejne 3 godziny siedziałam przed komputerem i poprawiałam zdjęcia. Zazwyczaj były za ciemne, więc musiałam je rozjaśnić, dać kontrast, wyostrzyć a czasami nawet co nie co usunąć lub poprawić. Nie ma z tym problemów, gdy zdjęć byłoby 10. Ja zazwyczaj miałam ich po 200-300, więc kiedy wszystko było poprawione (a robię to w GIMPIE, w PhotoScape nie podoba mi się efekt wyostrzenia, który wygląda okropnie, gdy wokół danego elementu zdjęcia pojawia się jasna ramka) i zmniejszone do odpowiedniego rozmiaru, wybierałam najlepsze ujęcia. Tę część miałam już z głowy.
Testowanie kosmetyków to u mnie zazwyczaj miesiąc, do półtora. Niektóre udawało mi się poznać już po tygodniu czy dwóch, ale inne wymagały dłuższego czasu obserwacji. Gdy ten etap także miałam już zakończony mogłam spokojnie usiąść i napisać recenzję. Umieszczałam w niej zarówno opis producenta, skład jak i swoją opinię. Na koniec wszystko redagowałam i tekst był gotowy do opublikowania.

Teraz, kiedy uporządkowałam sprawy bloga nareszcie jestem zadowolona. Czasu mam zdecydowanie coraz mniej, ale nie muszę rano wstawać z myślą O Boże, mam tyle do napisania, kiedy ja to zrobię. Gdy mam chwilkę i przede wszystkim ochotę robię zdjęcia, obrabiam je, piszę tekst. Nikt mnie z niczym nie goni, dlatego powrót na START jest najlepszą decyzją, jaką podjęłam. Mam nadzieję, że tak już pozostanie. Wielu z firm podziękowałam za współprace. Było ich sporo, ale chcę trzymać się wytyczonego celu, a nie błądzić w czeluściach z myślą byle znowu mi coś przysłali do przetestowania.

Buziaki, 
Asia :*
Czytaj dalej »

Stylizacja z Zaful do paznokci hybrydowych

Cześć Dziewczyny!
Bardzo dawno nie pokazywałam Wam żadnej stylizacji z Zaful, dlatego dziś chciałabym to nadrobić. Przygotowałam stylizację do paznokci hybrydowych, które będziecie mogły zobaczyć na końcu wpisu, a cały opis umieściłam w oddzielnym poście.

Tak jak moje paznokcie, tak dzisiejszy outfit jest bardzo dziewczęcy i idealnie wpasowujący się w mój styl. Uwielbiam połączenie bieli z różem i srebrem. Wybrałam ubrania, które świetnie sprawdzą się w lato i upalnie dni.
Jak Wam się podoba dzisiejsza stylizacja? Nosicie paznokcie do ubrań czy ubrania do paznokci?
Czytaj dalej »

Mango Splash Nail

Cześć Dziewczyny!
Po tym jak w tym poście przedstawiłam Wam zestaw startowy od Chiodo Pro zrobiłam też ankietę na moim Instagramie, który kolor bardziej Wam się podoba. Zdecydowana większość wybrała Mango Splash. Postanowiłam czym prędzej wykorzystać go w swoim manicure.
SUMMER TOUCH Edyta Górniak My Choice 740 MANGO SPLASH 7ML na paznokciach wypada inaczej niż w buteleczce. Przez swoją konsystencję lubi miejscami aplikować mniej produktu, w których widać prześwity i nierówności. Może to wyglądać jakby lakier był po prostu brudny. Kolor jest soczysty i idealnie pasujący do ciepłej karnacji, jednak u mnie nie prezentował się za dobrze. Przeszkadzały mi w nim te pomarańczowe tony, dlatego nie miałam go długo na paznokciach. Nie sprawiał problemów z utwardzaniem. W lampie LED 48 W po 30 sekundach był już gotowy do dalszej pracy. Na moich paznokciach widzicie trzy cienkie warstwy. Oczywiście nie odmaczałam go w żadnym płynie tylko spiłowałam pilniczkiem. Niestety, jeśli chodzi o trwałość hybrydy na naturalnej płytce paznokcia, to tutaj mocno się zawiodłam. Mocno odpryskiwał już po tygodniu, a po dwóch kolor zaczął blaknąć. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale nie było to miłe, widząc paznokcie w takim stanie...
Aby całość nie wyglądała zbyt nudno i prosto, nawet jak na mnie, na serdecznym palcu dodałam efekt blossom od Bluesky. W tej wersji postanowiłam, że kwiatka będę rozmywać od środka, gdzie na koniec dokleiłam holograficznego dotsa.  Bardzo dobrze tutaj widać, że efekt ten jest naprawdę delikatny. Może być to tylko subtelny dodatek, jednak ja oczekiwałabym akurat w tej stylizacji czegoś mocniejszego. Być może w tego powodu źle czułam się w tym zdobieniu. Jednak w porównaniu do Mango Splash, paznokcie wyglądają nadal idealnie i nie ma na nich żadnego, choćby najmniejszego odprysku.

Jak Wam się podoba ta stylizacja? Lubicie takie delikatne manicure czy wolicie coś nieco mocniejszego?
Czytaj dalej »