Liqpharm, LIQ Ce i LIQ CR

Od pewnego czasu na wielu blogach pojawiły się recenzję LIQC. Chyba nie przeczytałam jeszcze żadnej negatywnej opinii, a przynajmniej takowej nie pamiętam. Zachęcona Waszym zdaniem, również sięgnęłam po dwa sera: LIQ Ce i LIQ CR, mając nadzieję, że sprawdzą się równie dobrze. Czy tak się stało? Zapraszam do dalszej części wpisu.
Oba produkty znajdują się w bardzo podobnych kartonikach, które różnią się tylko kolorami. Wewnątrz są takie same buteleczki wykonane z czarnego szkła (za to wielki plus) z nieco innymi informacjami, dotyczącymi właściwości danego serum. Wydobywa się je za pomocą pipetki.
Serum-maska LIQ Ce stosowana regularnie na noc odżywia, regeneruje i zapewnia skórze odwodnionej komfort i właściwe funkcjonowanie. Wysokie stężenie witaminy E (15%) nie tylko ogranicza i spowalnia proces starzenia się skóry, poprzez wychwyt wolnych rodników, ale również poprawia widocznie jej elastyczność i napięcie. Dodatek kwasu hialuronowego i ksylitolu zapewnia długotrwałe nawilżenie i wygładzenie. Skóra po nocy pozostaje doskonale nawilżona, gładka, a podrażnienia złagodzone.
SKŁAD: Aqua (Water), Propylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Xylitol, Sodium Hyaluronate, Citric Acid, Polysorbate 20, Methylparaben, Propylparaben
Serum z witaminą E jest koloru mleczno-białego. Nie pamiętam czy miał zapach, ale jak mniemam albo nie miał, albo był tak delikatny, że w ogóle mi nie przeszkadzał. Znając cudowne właściwości witaminy E z chęcią rozpoczęłam kurację. Przed aplikacją wstrząsnęłam buteleczką, aby zawartość wymieszała się. Zawsze nakładałam je na noc, po dokładnym oczyszczeniu twarzy. Gdy całość wchłonęła, pozostawał klejący film, którego bardzo nie lubię.
Po regularnym stosowaniu nie zauważyłam jakiejkolwiek zmiany na plus. Skóra wyglądała dokładnie tak samo, jak przed kuracją. Jako, że moja cierpliwość się kończyła postanowiłam zrezygnować z tego serum.

Serum LIQ CR koryguje niedoskonałości i pomaga zredukować bruzdy, zmarszczki oraz plamy starcze. Odpowiednie stężenie czystego Retinolu (0.3%) nie tylko ogranicza i spowalnia proces starzenia się skóry ale również, poprzez intensywny wpływ na syntezę kolagenu, poprawia widocznie jej elastyczność i napięcie. Obecność kwasu laktobionowego i witaminy E zapewnia optymalne funkcjonowanie bariery naskórkowej w trakcie kuracji Retinolem.
SKŁAD: Aqua (Water), Propylene Glycol, Lactobionic Acid, Tocopheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Retinol, Polysorbate 20, Methylparaben, Propylparaben
Serum z retinolem jest koloru żółtego. Tutaj również nie pamiętam zapachu, ale nie przeszkadzał mi.
Ostatnio spotykam sporo kosmetyków z tym składnikiem. Nie wiem czy panuje na to jakaś nowa moda. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy czym tak naprawdę jest retinol i jakie są skutki jego stosowania, które u mnie się niestety pojawiły.
Przed jego użyciem moja twarz wyglądała dobrze. Nie miałam ani zaskórników, ani wyprysków. Od czasu, gdy zaczęłam go aplikować wszystko się zmieniło. Kompletny wysyp zaskórników na twarzy, miejscami także stany zapalne. Tak, wiem pomyślicie, że przecież skóra się oczyszcza, dlatego tak to wszystko wygląda. Ale te zmiany nie chciały schodzić przez cały czas użytkowania serum, czyli ponad dwa miesiące. Wtedy postanowiłam, że przestanę go używać i wdrążyłam do swojej codzienności naturalną pielęgnację. Wszystko wraca do normy. Wypryski i stany zapalne zniknęły, zaskórniki powoli także są przeszłością.
Czytałam, że wielu z Was skóra zaczęła się łuszczyć. Jednym bardziej, drugim mniej. U mnie nigdy tego nie zauważyłam. Stosowałam go zgodnie z zaleceniami. Najpierw dwa razy w tygodniu, a następnie co dwa, trzy dni.
Do jego odstawienia przekonał mnie również fakt, że po zaaplikowaniu serum z retinolem należy albo unikać promieni słonecznych, albo używać kremu z filtrem. Dla mojej, i tak źle wyglądającej, cery to był kolejny cios poniżej pasa. Nie chciałam aż tak jej obciążać i ostatecznie serum wylałam.
Naprawdę myślałam, że skóra twarzy zyska drugą młodość. Nic z tych rzeczy. Jak widać ani jedno, ani drugie u mnie się nie sprawdziło, więc myślę, że nie skorzystam z innych wariantów, bo ponownie wyjdą cuda, wianki.

Znacie LIQ? Jakie są Wasze przygody z tymi dwoma wariantami?

Czytaj dalej »

Dermedic Capilarte, czyli czy to działa?

O serum Dermedic pisałam w marcu tylko krótkie info, które możecie przeczytać tutaj. Dałam sobie spokojnie czas, aby dobrze je przetestować i dziś chciałabym opowiedzieć Wam o moich efektach.

Szczerze mówiąc, nie wiem co mam napisać... Zawiodłam się ponownie, bo moje włosy jak wypadały tak wypadają. Liczyłam na poprawę, ale nie osiągnęłam za wiele. Oczywiście, serum nakłada się bardzo łatwo. Dobrze się wmasowuje. Nie obciąża włosów, więc nie ma obawy, że na drugi dzień ze świeżo umytej głowy zrobi się tygodniowe zanieczyszczenie, ale... No właśnie, to ale sprawiło, że przestałam wierzyć w jakiekolwiek cuda o cudownym zaprzestaniu wypadania włosów. Nie chcę Wam powiedzieć, że ten produkt u mnie nie zadziałał. Czytałam sporo opinii i dziewczyny chwaliły go. U mnie widocznie ten problem leży gdzieś indziej, bo kompletnie nic nie jest w stanie mi pomóc. Czyżby czas udać się do lekarza na szczegółowe badania?
A co z szybszym wzrostem włosów? Wydawać by się mogło, ze nie ma wielkiej różnicy, jak na dwa miesiące. Jednak warto zauważyć fakt, że wraz z grzywką podcięłam również końce o ok. 1 cm. Uważam, że nie ma w tej kwestii tragedii.
W buteleczce zostało mi sporo serum, dlatego nie przestaję kuracji. Tutaj naprawdę bardzo ważna jest systematyczność, ale postanowiłam dołączyć także odpowiednią suplementację i mam nadzieję, że za kolejny miesiąc czy dwa, gdy napiszę nowy wpis o swoich włosach będę mogła śmiało Wam powiedzieć, że jednak badania nie były potrzebne, a moje włosy nie dość, że nie wypadają to osiągnęły długość do pasa :P. Jak na razie mają taką, jaką wcześniej chciałam osiągnąć, tj. do zapięcia od biustonosza.
Czytaj dalej »

Jak wzmacniam swoje paznokcie? Mój drugi sposób

Jakiś czas temu pytałam się Was na moim Instagramie, czy chciałybyście poznać mój drugi sposób na wzmocnienie paznokci. Ponad 95% odpowiedziała na tak, więc dziś przychodzę do Was z moimi przemyśleniami, które (mam nadzieję) pomogą Wam w paznokciowych rozterkach. Tak naprawdę nie chodzi tutaj o jakąś innowacyjną metodę, ale o trzy produkty, dzięki którym Wasze paznokcie nabiorą odpowiedniej twardości i odporności na złamania.
Myślę, że na tym etapie dbania o paznokcie mogę śmiało powiedzieć, że nie są one jest w tragicznym stanie, jak chociażby rok temu. Faktycznie, czasami kiedy nie mam czasu lub po prostu nie chce mi się spiłowywać hybrydy (tutaj warto zaznaczyć, że jej nie odmaczam w acetonie) podważam ją i ściągam. Jednak jest to rzadkość, w której się pilnuje. Dlaczego nie odmaczam paznokci w acetonie? Zauważyłam, nie tylko u siebie, ale także u sporej większości moich klientek, że wpływa to na pogorszenie stanu płytki, która staje się miękka i bardziej łamliwa. Pilniczek (chociaż nie ukrywam, że frezarka jest moim małym marzeniem) sprawdza się naprawdę dobrze. Pomimo to moje paznokcie bez jakiegokolwiek wzmocnienia są dość delikatne, łatwo je zahaczyć (szczególnie o zamek od spodni) i złamać. Przetestowałam sporo baz hybrydowych. Jedne były typowo wzmacniające i służyły także do przedłużania, inne tradycyjne pod lakier hybrydowy. Z jednym wyjątkiem, którym jest baza proteinowa od Indigo, wszystkie się odklejały, głównie od wolnego brzegu. Na szkoleniach słyszałam nie raz powiedzenie, że hybrydy są bardziej plastyczne, dlatego tak świetnie sprawdzają się do naturalnych paznokci. Oczywiście, są plastyczne, co nie znaczy, że nie są sztywniejsze niż paznokcie. Płytka paznokci codziennie pracuje, kiedy wykonujemy każdą, nawet najmniejszą czynność. W tym czasie hybryda, którą mamy nałożoną, odpoczywa, bo jest sztywna. U mnie jest to bardzo dobrze zauważalne, gdy po jednym czy dwóch dniach mogę oddzielić lakier od paznokcia. Sposób, o którym Wam zaraz opowiem zniwelował ten problem.
Drugim problemem odklejania się lakieru hybrydowego, który spotykam bardziej u klientek niż u siebie jest tzn. tłusta płytka paznokcia. Nie oszukujmy się, nie ma czegoś takiego. Paznokcie są zrogowaciałym tworem naskórka, czyli są martwe. Nie ma w nim ujścia gruczołów łojowych. Myślę, że łatwiej będzie to zrozumieć na przykładzie włosów i ich przetłuszczania się. To nie włosy wytwarzają łój, który wpływa na ich świeżość, tylko skóra. Dlatego o wiele bardziej trafne powiedzenie to przetłuszczająca się skóra głowy. Tak samo jest z naszymi paznokciami. Jeśli już mają być tłuste, to dlatego że wokół nich znajduje się sporo sebum.
Bardzo długo szukałam sposobu, który pomógłby mi w zapuszczeniu długich paznokci i dodatkowo świetnie je wzmacniał. Na jednym z forum przeczytałam o marce Victoria Vynn (jeszcze przed tym jak przetestowałam Mega Base) i postanowiłam spróbować, bo co mi szkodziło? Szybko zamówiłam na stronie trzy produkty z serii Gel System. Trio idealnie sprawdza się do przedłużania naturalnej płytki paznokci, którą pokazywałam Wam w tym manicure. Mi nie chodzi tylko o ich przedłużanie, ale przede wszystkim wzmacnianie. Miałam pewne obawy, że całość, tak jak inne żele, nie będzie się trzymało na moich miękkich paznokciach. Okazały się one całkowicie bezpodstawne.
Swój manicure zaczynam tradycyjne od skórek, które nigdy nie chcą ze mną współpracować i zawsze wyglądają tragicznie - znacie na nie jakiś sposób? Następnie matowię płytkę. Jest to niezwykle ważny krok, który wiele stylistek robi na odwal. Przetestowałam to i mogę Wam tylko powiedzieć, że im lepiej zmatowiona płytka, tym lepiej całość się trzyma. Nie chodzi o to, aby była ona przeorana pilniczkiem 80/80, ale bez jakichkolwiek miejsc niezmatowionych. Mi wystarcza pilniczek 100/180, chociaż wykorzystuję 180. Następnie dobrze odpylam, odtłuszczam i aplikuję Primer Acid Victoria Vynn. Nie ma on przyjemnego zapachu. Jest duszący, więc lepiej go nie wciągać za bardzo. Odczekuję, aż całkowicie wyparuje. W kolejnym kroku nakładam Base Build Gel Victoria Vynn. Baza jest bardzo płynna, więc należy uważać, aby nie zalać sobie przy okazji skórek dookoła. Pomimo tego po utwardzeniu sprawia, że paznokcie momentalnie stają się twarde jak skała. U mnie wystarcza jedna warstwa. Nie polecam jej solo pod hybrydy. Przez cienką warstwę jaką należy nałożyć i bez dodatkowej bazy hybrydowej czy żelu po pewnym czasie zacznie się odklejać i łuszczyć. Jeśli chcecie nałożyć na nią bazę należy przedtem przetrzeć ją cleanerem, bo będzie Wam spływać.
Na koniec idzie żel Build Gel Victoria Vynn, mój jest w kolorze Cover Peach. Pierwsza warstwa jest cienka, drugą buduję wszystkie krzywe. Bardzo przyjemnie się na niej pracuje. Sama się poziomuje, więc jest to wielkie ułatwienie dla tych z Was, które nie koniecznie świetnie się czują w nadbudowywaniu. Musicie jednak wiedzieć, że nie trzeba tworzyć wieży Babel, aby całość była wystarczająco utwardzona. Staram się, aby efekt końcowy był jak najbardziej naturalny i ładnie zakrzywiony, dzięki czemu piłowania mam naprawdę niewiele. Dodatkowo cover sprawia, że paznokcie zyskują śliczny, naturalny, zdrowy koloryt. Po ostatnich szlifach przecieram na koniec paznokcie cleanerem i są gotowe do dalszej pracy. Jeśli mam ochotę nakładam hybrydę, jeśli nie to zostawiam je w spokoju.
W momencie, gdy pojawia się odrost nie trzeba spiłowywać wszystkiego do zera. Wystarczy spłycić krzywe i spiłować odrost, po czym ponownie zaaplikować primer (tylko na naturalną płytkę), bazę i dwie warstwy żelu.
Pomyślicie, że jest przy tym sporo pracy. Faktycznie, nie każda z nas jest przyzwyczajona do takiej ilości nakładanych produktów. Weźcie pod uwagę to, że część dziewczyn marzy o długich paznokciach, które pozostają tylko czymś nierealnym. Sposób z wykorzystaniem produktów Victoria Vynn może okazać się naprawdę zbawiennym. Początkowo, po niezbyt miłym spotkaniu z Mega Base nie byłam do końca przekonana czy to się uda. Dziś jest to mój typ nr 1 dla długich paznokci.

Czytaj dalej »

Cera tłusta - mój codzienne rytuały.

Dzisiejszy post kieruje do wszystkich dziewczyn, które posiadają cerę tłustą. Opowiem Wam jak wygląda moja pielęgnacja, czego i jak używam.  Mam nadzieje, ze dzięki temu wpisowi zainspirujecie się i dodacie do codziennych rytuałów więcej naturalności, jeśli używacie tylko mocno chemicznych kosmetyków. Pamiętajcie jednak, że osoby z cerą suchą, normalną lub mieszaną swoją pielęgnację muszą mieć inną.
PIJ WODĘ
Swój dzień rozpoczynam od mniej więcej 250 ml wody. Staram się, aby była ona letnia (nie gorąca). Ten płyn o wiele lepiej wypłukuje u mnie zanieczyszczenia i poprawia wygląd skóry, gdy nie jest zimny. Ciężko było mi się do tego przyzwyczaić. Mój żołądek nie tolerował jakiegokolwiek płynu przed posiłkiem, ale z czasem się przyzwyczaiłam. Staram się wypić co najmniej 1,5-2 litry w ciągu dnia. Gdy jest cieplej to tej objętości jest zdecydowanie więcej. Jedyną wadą jest częstsze chodzenie do toalety, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - organizm oczyszcza się z toksyn. Poza tym, pierwszy sygnał za małej ilości wody w ciele człowieka to ból głowy. Czasami wystarcza wypić dwie, trzy szklanki, aby wszystko wróciło do normy zamiast faszerować się lekarstwami.

ZIELONA HERBATA
Raz dziennie, obowiązkowo pije zieloną herbatę. Pamiętam jak będąc w Liceum dostałam uczulenia na pomidory, które objawiało się bolącymi, ropnymi miejscami. Wtedy właśnie koleżanka poleciła mi, aby piła tę herbatę. Naprawdę pomogła. Liściasta zalewam wodą w temperaturze ok. 70st C przez 3 minuty. Początkowo jej smak był ohydny, ale tak jak do wody, przyzwyczaiłam się.

DOBRE OCZYSZCZANIE
Zarówno rano, jak i wieczorem rytuał rozpoczynam oczyszczaniem. Do tego służy mi olejek z pestek malin połączony z olejkiem pichtowym w proporcji 4:1. Taka mieszankę, za pomocą pipety aplikuje na wilgotną lub suchą twarz i po prostu myje. Świetnie sprawdza się także do demakijażu oczu. Na koniec wycieram wszystko ściereczką z mikrofibry, którą mocno wyciskam z dość ciepłej wody. O ile skóra na twarzy nie lubi gorącej wody aplikowanej wprost, to przy pomocy ściereczki wszystko jest w jak najlepszym porządku. Czynność powtarzam zazwyczaj dwa lub trzy razy. Jeśli wiem, że nie będę robiła peelingu lub nakładała maseczki, na koniec opłukuje twarz zimna wodą, czasami nawet bardzo zimną, tak aby wszystkie pory się zamknęły. Natomiast jeśli po oczyszczaniu są dalsze kroki to po wytarciu twarzy i opłukaniu ściereczki na chwilę przykładam ja do twarzy, aby ciepło bardziej rozszerzyło pory, a peeling czy maseczka zadziałały lepiej. Zrobiłam nową mieszankę OCM z olejków z czarnuszki, z pestek malin, lnianego, rycynowego, jojoba i pichtowego. Olejek z pestek malin i pichtowy miałam połączony, więc potraktowałam to jako jedno, tak że każdego dodałam po 6 ml. (dopisać)
PEELING
Do tej czynności wybieram różne półfabrykaty. Aktualnie jest to mieszanka, o której pisałam Wam w tym poście. Nie wielką ilość dodaje do bazy, która notabene jest także olejkiem. Tutaj zazwyczaj świetnie spisuje się olejek do demakijażu od Resibo, a połączenie tych dwóch zapachów jest cudowno. Tak przygotowanym peelingiem peelinguje twarz i spłukuje. Tutaj pamiętam, aby była to woda letnia, nie gorąca.
W planie mam dokupić jeszcze wiele innych fajnych produktów, m.in. skorupę orzecha włoskiego, pestki malin czy truskawek ale jak na razie wole wykorzystać to co mam w zapasie.

MASECZKA
Staram się robić je co dwa, trzy dni za każdym razem wybieraj inną opcje: glinkę zielona, glinkę białą czy sodę oczyszczoną. W przypadku maseczki na twarz bardzo ważny jest sposób jej przygotowania. Mając wybrana bazę, niestety z proporcjami jest różnie, wiec tylko w sodzie je pamiętam (2 łyżeczki sody na 2 łyżeczki wody) dodaje wody. W prawidłowej pielęgnacji ważny jest także jej rodzaj. Nigdy nie użyje typowej kranówy. Proszek mieszam z wodą mineralną lub częściej wodą mineralną przegotowaną (tą, która używam dla mleka Martynki). Polecam Wam BabyZdrój, bo to jedyna, która po ugotowaniu nie pozostawia kamienia. Wodę odrobinę podgrzewam, aby jej temperatura było nieco wyższa niż pokojowa. Przygotowaną maseczkę aplikuje na twarz i w przypadku glinek pozostawiam na 10-15 minut, nie dopuszczając do zaschnięcia, które powoduje brak absorpcji toksyn, ode trzymam ok. 15-20 minut. Po tym czasie idę wszystko zmyć, ponownie letnią wodą i na koniec zimną.

TONIZACJA
Wykorzystuje własne toniki, a mam ich dwa. Jeden to aspirynowy, drugi bazyliowy, chociaż bazyliowy przez ostatnie parę dni towarzyszy mi częściej.
Jedną łyżeczkę suszonej bazylii zalewam 60 ml wrzącej wody. Parze pod przykryciem przez ok. 10 minut. Po tym czasie za pomocą gazy oddzielam płyn od liści i przelewam do buteleczki z ciemnego szkła.
Jeśli chodzi o aspirynę to tradycyjną, bez osłonek (15 tabletek) rozpuszczam w 100 ml cieplej, przegotowanej wody. Tabletki rozpuszczają się długo, czasami pozostają pływające fragmenty, które w większości rozdrobniłam na malutkie kawałeczki. Przelewam do butelki z ciemnego szkła i wraz z bazyliowym tonikiem przechowuje w lodowce.
Tonik bazyliowy zazwyczaj używałam tylko rano. Postanowiłam, że na okres wakacji i ciepłych, słonecznych dni będę aplikować tylko jego. Bazylia ma zbawienne właściwości dla cer trądzikowych. W przypadku mojej cery zapobiega przed powstawaniem nieproszonych gości.
Tonik aspirynowy, przynajmniej u mnie, powoduje bardzo mocne ściągnie, szczególnie w okolicy brwi. Dosłowne jakby oczy miały paraliż i same się kurczyły. Ze względu na swoje właściwości złuszczające nie polecam jeżeli wiecie, że spędzicie dzień na dworze, a Wasza skóra może przyjmować promieniowanie słoneczne. Dlatego lepszą opcją jest aplikowanie go przed snem. Uczucie ściągania jest naprawdę dziwne i o ile przed snem mi nie przeszkadza, chociaż drażni, to w dzień byłby nie do wytrzymania.

A CO Z KREMEM?
Nie używam go. W zamian aplikuje olejek o właściwościach nawilżających, ale przystosowany do mojej cery. U mnie najlepiej sprawdza się olej jojoba. Po skończonej pielęgnacji, zarówno porannej, jak i wieczornej na zagłębienie dłoni nakładam pipetką 5-6 kropel i wsmarowuję w twarz. Jest ona z początku mocno świecąca, ale po czasie wszystko wsiąka pozostawiając skórę miękką i nawilżoną.

NIEPROSZENI GOŚCIE
Zdarza się to rzadko, ale jednak czasami ktoś się pojawi. Wtedy z pomocą przychodzi mi wspomniany wyżej olejek pichtowy. Patyczek kosmetyczny zanurzam w butelce i nasączonego nakładam na wybrane miejsca. Robię to zawsze na noc, bo jego zapach jest dość intensywny, ale nie drażniący czy duszący. Mnie kojarzy się z pięknym zapachem świeżo ściętego drzewa w lesie. Bardzo go lubię. Rano stany zapalne są mniejsze lub całkowicie znikają.

JAKI MAKIJAŻ?
Patrząc na różnice pomiędzy naturalną a chemiczno-drogeryjną pielęgnacją zdecydowanie wygrywa ta pierwsza a efekty są świetnie widoczne. W związku z tym również kosmetyki kolorowe w większej mierze odstawiłam na rzecz mineralnych. Wyjątkiem jest pomada do brwi.
Zarówno korektor, podkład, puder jak i bronzer czy róż używam z LilyLolo lub Anabelle Minerals. Bardzo dobrze się spisują, nie zapychają, a dodatkowo pomagają mi w walce z zaskórnikami. Oczy zazwyczaj tylko tuszuję. Na co dzień nie mam ochoty na cienie, kreski czy inne cuda wianki. Brwi to wspomniana wyżej pomada z WIBO, o której pisałam Wam dawno, dawno temu. Kiedy wiem, że nie będę wychodziła na miasto, a dzień spędzę w domu lub przed domem nie aplikuję ani korektora, ani podkładu, ani pudru czy bronzera/różu. Stawiam tylko na rzęsy i brwi.

WITAMINA D
Kiedy zaczęłam stawiać na naturalność w mojej codzienności zagościła także witamina D. To nie prawda, że 15 minut na słońcu wystarczy, aby wytworzyć jej odpowiednią ilość. Powinno się ją przyjmować przez cały rok, co najmniej 2000 jednostek. Mi udało się kupić wit. D3+MK7 5000 jednostek i co dziennie przyjmuję jedną tabletkę. Niestety, inne suplementy, które mają poprawiać wygląd włosów, skóry czy paznokci w większości nie działają.

SPECJALNA DIETA
Niczego takiego nie mam. Jem na co mam ochotę, ale staram się unikać czekolady, słodyczy czy chipsów. Fast Food od czasu do czasu gości na moim stole :D. A tak poza tym, jestem typem, który przez cały dzień może zjeść 2-3 kanapki.

Tak prezentuje się moja codzienność. Myślę, że nie jest to nic nadzwyczajnego, ale przynosi pozytywne skutki, więc nie rezygnuję z niej.

A Wy stosujecie naturalną pielęgnację? Może wolicie drogeryjne kosmetyki?
Czytaj dalej »

Wiosenny manicure z Semilac

Wiosna w pełni. Czekałam z niecierpliwością na tę porę roku, aby móc swobodnie nosić pastelowe kolory na paznokciach. Dzisiejsze mani zrobiłam jeszcze zimą, gdy pokazywałam Wam to zdobienie, ale to wiosna jest najlepsza do jego publikacji.
Wykorzystałam w nim dokładnie te same lakiery, ale w innej kombinacji. Zamiast blur effect, zaaplikowałam fioletowe flejki z Aliexpress, które leżą, gdzieś na dnie wielkiego pudła z ozdobami.
Nie ma tutaj sporo filozofii, więc myślę, że nie trzeba się szczególnie rozpisywać nad tymi paznokciami. Mi się bardzo podobają i trafiły na moją listę ulubione. Zastanawiam się tylko jaką bazę miałam tutaj nałożoną i wydaje mi się, że to Protein Base od Indigo, które po przetestowaniu przeróżnych produktów jest dla mnie zdecydowanie najlepsza i już planuję ponownie ją kupić, tym razem w większej pojemności.

Jak Wam się podoba dzisiejszy manicure? Lubicie takie połączenia? 
Czytaj dalej »

Indigo, Richness Body Lotion, Seventh heaven

W rozdaniowym pudełku od Aleksandry znalazły się także produkty Indigo. Jednym z nich był balsam do ciała Seventh Heaven z shimmerem. To właśnie o nim dziś chciałabym Wam opowiedzieć.

Lubisz błyszczeć? To znaczy, że balsam do ciała Seventh Heaven Shimmer został stworzony właśnie dla Ciebie! Zawiera drobinki złota, które odbijają światło i przepięknie mienią się na skórze, dodając jej blasku i podkreślając opaleniznę. Wrzuć do torebki poręczne opakowanie kosmetyku i olśniewaj w każdej sytuacji!
Seventh Heaven to kwiatowo-szyprowa kompozycja, która cieszy się największą popularnością spośród całej oferty zapachowej Indigo. Nazwa sugeruje niebiańskie doznania i bynajmniej nie jest to obietnica bez pokrycia! Nuty mandarynki, róży i białych kwiatów nastroją Cię pozytywnie do życia i sprawią, że poczujesz się wolna i piękna. To ponadczasowy zapach będący kwintesencją szyku, wdzięku i kobiecości!
Unikalna formuła perfumowanych balsamów do ciała Indigo oparta jest na dobroczynnych właściwościach precyzyjnie dobranych składników, które naturalnie pracują nad wyglądem i kondycją Twojej skóry. Sprawdź sama, jaką moc mają zawarte w naszych produktach D-panthenol, ekstrakt z aloesu czy olej sojowy. Niech rozpieszczą Twoje ciało, nadając mu niesamowitą gładkość!

Balsam znajduje się w dużej butelce z pompką, która zdecydowanie ułatwia wydobywanie produktu przy zachowani wysokiego poziomu higieny. To najlepsze rozwiązanie z możliwych. Producent napisał, że opakowanie jest poręczne. Nie zgodzę się z tym, bo jest ono dużych rozmiarów i do moich małych torebek się nie zmieści. :)
Balsam ma fajną konsystencję, nie wodnistą. Ładnie pachnie, ale dość intensywnie. Zapach jest typowo perfumowany. Niektóre osoby, w tym ja, nie przepadają za takimi i nigdy nie będzie on w moich ulubieńcach. Utrzymuje się długo na skórze i może tłumić inne perfumy użyte w ciągu dnia.
Bardzo łatwo się rozprowadza zostawiając za sobą mnóstwo złotych drobinek. W nawilżeniu nie ma efektu wow.
Jest idealny na wielkie wyjścia, jak wesele, Sylwester, impreza karnawałowa. Świetnie będzie wyglądał także na opalonej skórze w wakacyjne dni. Na co dzień nie przypadł mi do gustu i nie sięgam o niego często.


Co myślicie o tym kosmetyku? Lubicie mocne perfumowane balsamy? 
Czytaj dalej »

Orientana, bio serum do twarzy, miód&propolis i neem&tulsi

Chęć ciągłego, dobrego dbania o moją cerę stała się małą obsesją. Staram się używać tylko takich kosmetyków, które zrobiłam (z wyjątkiem żelu do mycia twarzy czy kremu) sama. O całej mojej pielęgnacji na pewno napiszę Wam osobny post, bo szkic jest już zapisany. Dziś opowiem Wam o bio serum z Orientany miód&propolis oraz neem&tulsi. Miałam naprawdę sporo czasu, aby wyrobić sobie o tych dwóch produktach zdanie, którym chciałabym się z Wami podzielić.

Naturalne bogate serum do codziennej pielęgnacji twarzy. Efektywne połączenie mocy natury z nowoczesnymi, akceptowalnymi w kosmetykach naturalnych składnikami stworzone do walki z niedoskonałościami skóry spowodowanymi stanami zapalnymi, nadmiernym działaniem gruczołów łojowych, słabym odżywieniem i nawodnieniem. Lekka formuła o szybkim wchłanianiu.

SKŁAD: Aqua, Sepicontrol A5 (wyciąg z kory cynamonowca), Melia Azadirachta Seed Oil (Neem), Glycerine, Ocimum Sanctum Leaf Extract , Actinidia Chinensis Seed oil, Xanthan Gum, Aloe Vera Callus Extract, Sodium PCA, Aquaxyl, Eugenia Caryophyllus Leaf Oil, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Cinnamomum Camphora Formosana Wood Oil, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate
Oba sera znajdują się w buteleczkach wykonanych z ciemnego szkła. Początkowo są one zakręcone zakrętką, którą można, ale nie trzeba wymienić na pipetkę. Ja zdecydowanie wolę takie rozwiązanie. Jednorazowe naciśnięcie zabiera ok. połowę długości rureczki serum W zupełności wystarczy to na całą twarz, a nawet i szyję. Serum jest koloru transparentno-zielonego, o mocnym, charakterystycznym zapachu. Dla mnie przypomina nieco miętę. Zanurzone są w nim drobinki, które są wyczulane pod palcami w czasie aplikacji. W konsystencji jest delikatnie żelowe i nieco klejące. Uczucie to mija dopiero parę minut po dokładnym wchłonięciu i było dla mnie uciążliwe.
Szczerze mówiąc, nie polubiliśmy się. Wydaje mi się, że nie jest to serum dla mnie. Moja cera nie ma ani stanów zapalnych, ani nie jest podrażniona czy słabo odżywiona. Faktycznie, mam problem ale z zaskórnikami, które są spowodowane serum z retinolem, tak popularnym wśród bloggerek i myślę, że neem&tulsi tylko pogarszało sytuacje, a na pewno już jej nie poprawiało. Nie powinno, a nie raz i nie dwa mnie zapchało na tyle, że pojawiły się jakieś zmiany zapalne (na szczęście nie wielkie), a zaskórników przybywało. Po odstawieniu tego kosmetyku wszystko wracało do normy. Dlatego na razie stoi na półce i myślę co mam z nim zrobić. Na twarz, na pewno ponownie go nie zaaplikuję.


Naturalne bogate serum do codziennej pielęgnacji twarzy. Efektywne połączenie mocy natury z nowoczesnymi, akceptowalnymi w kosmetykach naturalnych składnikami stworzone do walki ze skórą niedożywioną, z poszerzonymi porami, zmęczoną i wymagającą naprawy. Lekka formuła o szybkim wchłanianiu.

SKŁAD: Aqua, Mel Extract (miód), Glycerine, Propolis Extract (Propolis), Aloe Vera Callus Extract, Sodium PCA, Adiposlim, Aquaxyl, Pyrus Malus Fruit Extract, Xanthan Gum, Chamomilla Recutita Flower Extract, Ocimum Sanctum Leaf Extract, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.
Serum ma kolor transparentnej, mglistej jasnej żółci. Pachnie identycznie do innych kosmetyków zawierających miód. Konsystencją przypomina rozrzedzony wodą żel, który  bardzo łatwo się rozsmarowuje, aż do całkowitego wchłonięcia.
Nie wiem czy wiecie, ale miód jest świetnym produktem na trądzik, ponieważ ma właściwości bakteriobójcze, przyśpiesza gojenie się ran oraz zmniejsza ryzyko pojawienia się bliznowców (powstaje w miejscach urazów czy po operacjach, bardzo często towarzyszy także trądzikowi),więc myślę że u osób, które mają problem z wypryskami może się sprawdzić. Ja na szczęście takich problemów nie mam, mimo to aplikowałam go. Bardzo fajnie przynosił ulgę wieczorem, kiedy byłam zmęczona (padnięta...) całym dniem, chociaż skóra nie okazywała się być szczególnie nawilżoną. Raczej była bardziej wygładzona, satynowa. W moim odczuciu dobrze sprawdzi się u osób, które nie chcą mocnego obciążenia czy zapchania, ale chciałyby, aby ich twarz wyglądała na wypoczętą. To co mnie także pozytywnie zaskoczyło, to fakt jak fajnie reagowała cienka skóra pod oczami. Zasinienia stawały się po każdorazowym użyciu jaśniejsze.
Serum nie jest tylko na noc. Świetnie nadaje się także pod makijaż, ponieważ nie zostawia filmu. Idealnie łączy się z podkładami, zarówno płynnymi, jak i mineralnymi. Wiele razy spotkałam się z efektem, że kosmetyk, pomimo wchłonięcia, powodował rolowanie i zważanie fluidów. Tutaj tego nie ma, wszystko się ze sobą super łączy. Szczególnie widoczne jest to pod czas aplikacji kosmetyków mineralnych.

Jak widzicie nie każdy kosmetyk, który jest do danej cery świetnie się sprawdza. Przed przystąpieniem do testów postawiłabym wiele na neem&tulsi. Jednak to miód&propolis okazał się być zwycięzcą w tym zestawieniu.

Używacie serum do twarzy? Jaki składnik jestem Waszym ulubionym? 
Czytaj dalej »

Medivon, Soniczna szczoteczka do mycia twarzy Beautifly

Przy mojej pielęgnacji bardzo dobre oczyszczanie twarzy to podstawa. Wieczorem wykorzystuję do tego olejek i ściereczkę z mikrofibry, ale rano zawsze w ruch idzie szczoteczka soniczna. Tę, którą prezentowałam Wam jakiś czas temu przywłaszczyła moja córeczka, a ja nie chciałam jej zabierać. Na szczęście mam nową, soniczną szczoteczkę Beautifly, o której dziś Wam opowiem.
Szczoteczka soniczna Beautifly zmieni zwykłe mycie twarzy w profesjonalny zabieg pielęgnacyjny. Uzyskanie gładkiej i jędrnej skóry nigdy nie było tak proste i przyjemne, a różnice można odczuć już po pierwszym użyciu. Regularne stosowanie szczoteczki Beautifly opóźni procesy starzenia skóry i wzmocni włókna kolagenowe.
Oczyszczanie to pierwszy krok do zdrowej i zadbanej cery. Nic więc dziwnego, że to takie ważne. Lubię tę szczoteczkę za jej kolor. Uwielbiam róż, który zawsze przyciąga mój wzrok. Do tego fajnie leży w dłoni a wypuski, zarówno z jednej strony jak i z drugiej są miłe dla twarzy. Te, które widzicie na zdjęciach służą mi (zazwyczaj tylko rano) do mycia twarzy. Dlaczego? Tylko w porannej pielęgnacji używam chemicznego kosmetyku, jakim jest żel. W pozostałych przypadkach są to naturalne olejki, toniki, peelingi i maski.
Kosmetyk aplikuje wprost na szczoteczkę, włączam ją i masuje twarz. Zawsze wybieram najszybszy poziom wibracji. Piana, jaką tworzy jest delikatniejsza, ale ma o wiele więcej pęcherzyków powietrza, które docierając do wybranego miejsca na twarzy, świetnie ją oczyszczają. Po spłukaniu wodą wyraźnie widać, że skóra wygląda po prostu lepiej.
Zdarzyło się również, że użyłam jej do peelingu, zarówno enzymatycznego jak i mechanicznego. W obu przypadkach szczoteczka bardzo dobrze się sprawdza.
Tylne wypustki, które są już zdecydowanie bardziej twarde, nadają się idealnie do masażu. Dzięki nim i systematyczności poprawia się owal twarzy oraz jej ukrwienie.
Do urządzenia dołączony jest kabel USB służący do ładowania. Od czasu, gdy ja otrzymałam nie ładowałam jej ani razu, wiec mogę uznać, że jej żywotność jest naprawdę dobra. Dodatkowo jest także specjalny materiałowy woreczek do przechowywania. Mi na pewno przyda się w podroży, tak aby nic innego jej nie dotykało.
Mając do wyboru tradycyjny płatek, a szczoteczkę z pewnością wybiorę tę druga opcje. Myślę, że każda z Was, gdy zobaczy różnicę, nie wróci do standardowego płatka.

Używacie szczoteczek sonicznych? Która jest Waszą ulubioną?
Czytaj dalej »